Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rodzinka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rodzinka. Pokaż wszystkie posty

sobota, 7 lipca 2012

Naszych biją!

Rodzinny obiadek - 80-tka Dziadka Gargamela. W sumie spokojnie i apatycznie przebiegło. Zniesmaczył mnie tylko jeden drobny incydent. Po drugim daniu panna Łapu Capu, wyręczając gospodarzy, pracowicie pozmywała naczynia - bardzo ładnie z jej strony. Starannie umyła też kuchenkę, ale zdjęte z niej ruszty położyła na podłodze. Sądziłem, że choć przetrze je gabką przed położeniem z powrotem na kuchni, więc siedziałem cicho. Zjawił się Siostrzeniec (dotąd zajęty serfowaniem po necie) i na pięknie umytej kuchni... ułożył ruszty - prosto z podłogi. Spytałem bardzo grzecznie czy nie mają wrażenia, że to się trochę kłóci - kłaść brudne ruszty z podłogi po której chodzą ludzie i biega pies na tak dokładnie umytą kuchnię. Łapu Capu zignorowała mnie, zaś Siostrzeniec zareagował uwagą, żebym może sam się wziął do roboty. 
Po pierwsze - taka reakcja na grzeczną i uważam zasadną uwagę w stylu "naszych biją!" była prostacka. Po drugie - pozmywałem i posprzątałem na zakończenie całej imprezy. Po trzecie - sam zajmował się tylko jedzeniem i netowaniem. Głupi gówniarz - tak mogę skwitować takie zachowanie. Zamiast refleksji - agresja. Niestety mam wrażenie, że w dzisiejszych czasach bardzo to u nas powszechne.

piątek, 25 maja 2012

Samoocena

Siostrunia od półtora roku traci pracę. Znaczy, mniej więcej wtedy oznajmiła przygnębiona, że za pół roku ją straci, bo się firma restrukturyzuje i likwidują jej dział. Firma szuka oszczędności, tnie koszty, zwalnia pracowników. Minął miesiąc, który miał być ostatnim jej pracy, minął kolejny i następny i jeszcze następny... 
Od dawna słyszałem, jaka to jest beznadziejna w pracy, jak to się myli, jak to wszystko strasznie trudno jej ogarnąć, jaka to jest beznadziejna (powtórzenie konieczne, raz nie oddawałby stopnia jej beznadziejności), że jest ślepa i nie widzi, zapomina, za stara, zapomina (no właśnie, sami widzicie jak zapomina), na pewno ma Alzheimera, początki albo zaawansowane stadium (zależnie od nastroju).

Jak pracowała na próbnym, to było przecież jasne, że nigdy jej nie przyjmą po zakończeniu próbnego. Jak jej zaoferowali umowę o pracę, to było że przecież nie wiadomo na jak długo, to znaczy wiadomo, że na krótko a w ogóle to i tak ją zaraz pewnie wyrzucą, bo przecież ona się do niczego nie nadaje i nic z tego co ma robić - nie rozumie.  Jak ją zwolnią to przecież nie znajdzie nowej pracy, bo jest za stara i nikt jej nie będzie chciał, nie będzie miała z czego żyć etc.

Dziś sobie gadamy, ustalamy strategię najazdu z okazji dnia Matki. Zagaduję o robotę. I cóż się okazuje? Otóż, istotnie, firma zamyka wreszcie jej dział i po fuzji otwiera zupełnie nową strukturę zajmującą się tym segmentem działalności. Zespół osobowy zostanie zbudowany od podstaw, częściowo w oparciu o dotychczasowy personel, a częściowo w oparciu o nowych pracowników. I okazało się, że zaproponowali Siostruni tam pracę. Pytam na jakim stanowisku. Takim a takim. Nie znam się, ale kojarzę że inne niż do tej pory i intuicyjnie obstawiam, że chyba bardziej odpowiedzialne. Pytam czy to nie jest raczej awans. Siostrunia półgębkiem przyznała, że "no... właściwie... to można tak powiedzieć"!

I dawaj zaraz w jęk, że na pewno nie zaproponują jej umowy o pracę, tylko okres próbny i że znowu będzie "zaczynać od zera" itd. Trochę mi zeszło na oświecaniu jej, że powinna być zadowolona z propozycji angażu. Że gdyby była rzeczywiście tak beznadziejna to by jej nie proponowali pracy w nowej strukturze. Że gdyby faktycznie tak kiepsko sobie radziła, to by jej nie proponowali zupełnie nowego stanowiska i nowego, trudniejszego zakresu obowiązków itd. itp.

Biedna ta moja Siostrunia - najpierw tatuś, a potem ślubne, pożal się Boże, szczęście wbijali jej w głowę, że jest beznadziejna i do niczego się nie nadaje. A kiedy uwolniła się od jednego i drugiego, to i studia skończyła - jedne, drugie, i pracę znalazła, i jak widać dla przełożonych jest całkiem wartościowym pracownikiem, mimo wieku over fifty, czyli  niezbyt atrakcyjnego na dzisiejszym rynku pracy. Tylko tak ciężko sprawić, żeby jeszcze sama w to uwierzyła...

* * *

Bambini potrafią być rozbrajające. Idę korytarzem, w ręce niosę dużą reklamówkę z logo znanej cukierni (jednak aktualna zawartość całkowicie niejadalna). Mijam moje diablęta weneckie siedzące i leżące pod salą i przystanąłem na moment, ci na mój widok - zaczynają mi radośnie machać. Podchodzę bliżej. Promiennie uśmiechnięty Wolfi, wpatrzony w reklamówkę, uprzejmie rzeczowym tonem:
- Ma pan tam coś do zjedzenia?

sobota, 12 maja 2012

Półki, półki roztańczone!

Rano poszedłem do Siostruni. Zażyczyły sobie (z panną Łapu Capu czyli siostrzeńcową) żebym im kolejne półki zamontował. Jednej do ściany, drugiej w szafach.

Szafy - pikuś, ale ze ścianą się namęczyłem. Sęk w tym, że warstwa powłoki farbiarskiej pokrywa dziadowski, sypki tynk, na którym wiertło tańczy jakby mu się wydawało, że jest w Jukandensie. Do tego pustaki z których ścianę stawiali są chyba mieszanką zwietrzałego cementu z kamulcami, bo co i rusz przy jednym otworze trafia się na silny opór, zaś obok bez udaru wchodzi jak w babkę z piasku. Jakaś partanina. Do tego krzywe ściany i krzywy sufit.

Prawidłowo, precyzyjnie wyznaczam a otwory wychodzą krzywo. Wsporniki bez regulacji, a więc i bez najmniejszej tolerancji na przekoszenie otworu. Kurwamać pofrunął raz i drugi. W końcu wykombinowałem tak, że wyszło bardzo dobrze, a Łapu Capu zachwycona.

Tylko Siostrunia mnie zirytowała swoim beztroskim podejściem do kwestii "kiedy mogę do nich przyjść i zrobić to czego im potrzeba". Sprawiają wrażenie, jakby uważały, że ja o niczym innym nie marzę, jak zabukować sobie cały weekend na ich prace wyposażeniowe. Ledwie trzy godziny po moim powrocie od nich już miałem rozkoszny telefon, że chciałyby abym wpadł zamontować następny klamot. Fuknąłem, że mam inne plany. Też pracuję i też chciałbym odpocząć.

Przestały mnie od jakiegoś czasu cieszyć wyrazy uznania, jak to innym pomagam w ten czy inny sposób. Cała moja praca zawodowa jest oparta na pomaganiu innym. A co mi z tego przychodzi? Już nic. To samo ci wszyscy chwalcy uzyskaliby wynajmując / zatrudniając / wzywając kogoś innego. Ja zaś w gruncie rzeczy jestem nieważny i zostaję z niczym.

Suplement
Ledwie zamknąłem stronę blogera napisawszy powyższy tekst, kiedy zadryndał telefon. Niezrażona Siostrunia podjęła temat i dopięła swego [1]. O pół do dziewiątej wieczorem zjawiły się obie z deskami na plecki do tapczanu, żebym je skrócił [2] i ponawiercał otwory mocujące i pożyczył zszywacz. Jako premię gratis dostały napoczętą puszkę emalii akrylowej, bo Łapu Capu chciała surową sklejkę do ściany przykręcać.


Właśnie skończyłem sprzątać po tych operacjach.

No, Siostrunia nie przypadkiem pracuje w ubezpieczeniach [3]. A mężczyźni biorą sobie partnerki na podobieństwo matek. ;-))

_________________________________
[1] Komunikując: "Skoro nie chce ci się ruszać, to my przyjedziemy." [podkr. moje - JJP]

[2] Niestety tylko deski. I nie o głowę, a o 10 cm.

[3] Nie jest agentką ubezpieczeniową, ale jak widać, predyspozycje ma...

sobota, 5 maja 2012

Ciesz się z tego co masz

Umieć się cieszyć z tego co się ma, to wielka sztuka i wielki dar. Ich wielkość wskazuje wyraźnie na to, że nie są rozpowszechnione, lecz przeciwnie - niewielu jest ludzi nimi obdarzonych.

Równie niełatwo jest zapominać o tym czego nam brakuje.

Głupcy mylą granicę między tymi dwiema postawami. Mówieniem "Nie narzekaj! Inni mają gorzej."[1] popychają człowieka ku deprecjacji swoich ważnych potrzeb i braków. Wysyłają komunikat: To czego pragniesz, jest nieważne i powinieneś o tym zapomnieć.
A to sianie zła, bo tak się nie da, przynajmniej nie na dłuższą metę. To recepta na stworzenie nieszczęśliwego człowieka, co gorsza, człowieka, który może nawet nie zdawać sobie sprawy z tego dlaczego tak naprawdę jest nieszczęśliwy. A jest taki, gdyż swe prawdziwe pragnienia tak mocno wyparł i tak głęboko ukrył, że nie pamięta już o ich istnieniu.

A przecież dobrze jest umieć cieszyć się z rzeczy małych, robić sobie drobne przyjemności i sprawiać sobie radość. Tylko z umiarem i zdrowym rozsądkiem w zgodzie pozostając trzeba pamiętać, że wielkich deficytów i bolesnych braków to nie pokryje. 

_________________________________
[1] Swoją drogą, jeśli np. o mnie chodzi, to akurat takie teksty nigdy do mnie nie przemawiały, bo nie rozumiałem, dlaczego mam się pocieszać cudzym nieszczęściem. Raczej wzbudzało poczucie winy, że jestem niewdzięczny za to wszystko co ojciec i matka dla mnie robią (przynajmniej - mamusia, bo tatuś - poświęcał się).

wtorek, 1 maja 2012

Święto pracy

Święto pracy uświęciłem pracą. Siostrzeńcowi i jego lubej montowałem półki w pokoju. Niby prosta robota, ale jednak na 11 półkach trochę czasu zeszło. Najbardziej czasochłonne okazało się, jak zwykle, mierzenie. Samo wiercenie 60 otworów pod kołki poszło jak z płatka. Człowiek w takich chwilach docenia zalety młotowiertarki. Zwykłą wiertarką udarową to sobie można nastukać. A tu: beton, pustak, cegła wszędzie jak w masło. 

Zauważylem z pewnym zaskoczeniem, że nabrałem filozoficznego podejścia: chcą tu, wiercę tu, chcą tam, przykręcam tam. Wszystko na spokojnie. Sam im parę razy powtarzałem: "To nie mnie ma się podobać, to wasz pokój, wy tu będziecie mieszkać." Wiele rzeczy bym inaczej zrobił, gdybym robił dla siebie. A tu proszę: nie mój problem.

Nie zirytowało mnie, ani w żaden sposób nie poruszyło nawet to, że rozmieszczenie na ścianie 11 półek w 3 rozmiarach poprzedziłbym rozrysowaniem planu i wypróbowaniem różnych kombinacji, a nie działał wg [1] zasady: Przykręćmy jedną a potem zobaczymy gdzie następną i resztę. Nie moja ściana, nie moje półki, ja tu jestem od robienia łotworków i wkręcowywania śrubków zwanych wkrętami.  Siostrzeniec przypatrując się, mam nadzieję z troską, moim manewrom na drabinie [2] westchnął w pewnym momencie: "Półkowy nindża."


Do tego jeszcze doszedł mały karnisz i fertig, arbajtfraj.

A na mojej chałupie flagę na balkonie oprócz mnie wywiesił tylko jeden sąsiad. Moheria czeka pewnie na koniec 1 maja, żeby komuny nie fetować.

________________________________________
[1] wygłoszonej.

[2] hołduję zasadzie: nie ma potrzeby przesuwania drabiny, jeśli można jeszcze z niej się...ę...ę...gnąć. 

niedziela, 29 kwietnia 2012

Asertywność

Hebius niedawno skomentował mojego poprzedniego posta tymi słowy:

"Przejawiasz porażającą asertywność względem rodziny :P"

Zabił mi tym małego klina, bo słowo "asertywność" jest, z przyczyn niejasnych, jakoś dla mnie obcym. Znaczy to, że nie jestem w stanie przyswoić jego znaczenia i kiedy je słyszę, to rozpaczliwie próbuję  sobie przypomnieć co ono znaczy i z reguły mam z tym duże problemy. Nie wiem czemu akurat z tym pojęciem mam takie przejścia, bo generalnie z przyswajaniem trudnych słów jakoś sobie radzę. Lecz niech się tylko rozlegnie: "asertywność" a już miotam się, jak Kelda z przeliczaniem skali mapy. Powyższy komentarz Hebiusa wywołał małe zamieszanie w mym rozumku, bo musiałem się solidnie zastanowić o co mu chodzi: czy to dobrze czy źle, czy on pisze poważnie czy się nabija, czy to politowanie czy przygana? Uff...

Po części tylko te moje reakcje są zrozumiałe, gdyż pomijając samą nazwę, która była zupełnie nieznana, a odnosząc się do treści, asertywność to było coś zupełnie nie do przyjęcia w naszej rodzinie. W domu dziadka Gargamela "posiadanie i wyrażanie własnego zdania, bezpośrednie wyrażanie emocji i postaw w granicach nienaruszających praw i psychicznego terytorium innych osób oraz własnych, bez zachowań agresywnych, a także obrona własnych praw w sytuacjach społecznych" było absolutnie niedozwolone, gdyż było wyłącznym przywilejem "pana domu". Oczywiście bez tego całego pieprzenia o nienaruszaniu praw i psychicznego terytorium innych, bo przecież dziadek Gargamel w swoim domu miał prawo robić wszystko na co miał ochotę, a my, wedle jego słów aż nadto często powtarzanych - byliśmy tylko u niego.

Jakiekolwiek, najdrobniejsze nawet zachowania asertywne były natychmiast miażdżąco potępiane jako: "egoizm śmierdzący", "podskakiwanie" , "mądrolowanie chłopskiego filozofa", "zachowaj te głupstwa dla siebie!" "jak będziesz u siebie, to...".
Ciekawe to, że jakoś nigdy nad tym nie myślałem, a teraz jak się nad tym tak zastanawiam, to widzę, że właśnie wszelkie moje zachowania asertywne wywoływały u Gargamela szczególnie agresywne reakcje.

Wychowanie przez wzbudzanie poczucia winy to potężna broń, dająca rozległą strefę zniszczeń. Odmowa wykonania polecenia Gargamela, szczególnie oczekującego zrobienia czegoś dla niego, była straszliwą zbrodnią, zasługującą na najwyższe potępienie. W zasadzie kalibrowo to było świętokradztwo. 

Dziś wiele u siebie przepracowałem i już nie jestem tak bardzo podatny jak dawniej. Ale i tak, jakby ktoś spytał moją rodzinkę, to najprawdopodobniej by usłyszał, że jestem:
  • nieużyty,
  • wygodny,
  • zdolny, ale leniwy, 
  • nigdy nie chcę pomóc,
  • o nic mnie nie można poprosić,
  • nie mam za grosz wyczucia, że komuś należy się pomoc,
i tak dalej na tę melodię.

A dzisiaj z pomocą siostrzeńca zabudowałem półkami wielką wnękę w ich pokoju.


O pewnym szoferze i jego durnym wujaszku


Miałem się spotkać z kumplem o 13.00. Wyliczyłem czas przed jego przyjściem, zrobiłem plan, wszystko powinno było udać się załatwić.
Jadę sobie do rembudmarketu. Telefon. Siostrzeniec. Żebym im pomógł złozyć szafę, co ją przywiozą. Jutro. Troszkę zajęło ustalenie co rozumie pod pojęciem złożenia i szafy. Okazało się, że to będzie kilkanaście płyt pilśniowych, z których dopiero trzebą będzie tę szafę zrobić. Jeśli ktoś ma wątpliwości czy na pewno chodzi o płyty pilśniowe, śpieszę donieść, że słusznie ma. Bo okazało się po kolejnych uściśleniach, że tu chodzi o płyty paździerzowe. Z punktu widzenia sztywności i wytrzymałości mebla, różnica, rzekłbym, raczej znaczna. Kiedy wcześniej radzili się z czego ten mebel robić sugerowałem albo sklejkę, albo litą sosnę.
Nie skomentowałem, ale grzecznie spytałem skąd pomysł paździerzówki? "Bo była najtańsza?". Odpowiedź przyjąłem do wiadomości, bo już po ptokach, ale robienie mebla przy takiej zamianie materiału, to żadna frajda. 
Uwielbiam jak ktoś najpierw nalega na pomoc, a potem robi po swojemu, choć nie zna się na tym ani ciut, ciut.
No, ale mniejsza z tym. Obiecałem, że kupię co trzeba do złożenia tego Ludwika 19 i 3/5. Jestem w markecie, koszyk pełny, idę już do kas. Telefon. Siostrzeniec oznajmia, że zaraz przyjedzie bo coś tam ma kupić, będzie za 20 minut. Grzecznie tłumaczę mu, że się śpieszę, jestem umówiony i nie mogę czekać, a mam nienajlepsze [1] doświadczenia z jego punktualnością. Nie, nalega że zaraz będzie! Poza tym odwiezie mnie samochodem, więc i tak będę do przodu czasowo.  Cóż, chłopak nie wyobraża sobie poruszania się po Wawie inaczej niż autkiem. 
"No nie wygłupiaj się, nie bądź taki, zawiozę cię gdzie chcesz!"
I stary dureń się zgodził...
Przyjechał po 30 minutach.
Trafiliśmy na kolejkę, w której się terminal zablokował, ale kasjerka caly czas pozostawała przy nadziei, że zaraz się odblokuje. Czasu poszło, że...
 W tamtą stronę jakoś dojechałem autobusem bez korka, ale teraz siostrzeniec wybrał inną trasę. Z Jerozolimskich lądujemy na Żwirkach. Korek po horyzont. Lanos bez klimy, w środku jak w piekarniku, i to bez termoobiegu. Koszmar. 

W końcu za moją sugestią przebijamy się Racławicką do Puławskiej i wreszcie jedziemy od południa ku Centrum. Pyta gdzie mnie podrzucić. Mówię, że najlepiej na róg Marszałkowskiej i Armii Ludowej (Trasy Łazienkowskiej), bo muszę jeszcze coś załatwić. [2]
"OK!"
Jedziemy. 
"A może być Plac Trzech Krzyży?"
"Nie, nie może, to mi kompletnie nie pasuje."
"To gdzie chcesz?"
"Tam gdzie mówiłem - róg Marszałkowskiej i Trasy. Ostatecznie, jak ci wygodniej może być Plac Zbawiciela"
"Aha. OK"
Jedziemy, coś mi nie pasuje - nie ten skręt.
"Eeee... Którędy jedziesz?"
"Przez Centrum. Na Konstytucji cię wysadzę."
"Nie chcę na Konstytucji. Musiałbym się sporo cofnąć, a nie mam na to czasu."
"A to gdzie chciałeś?"
Widzę przed nami Rondo Jazdy Polskiej. Chrystepanie, trzeba korzystać z okazji, póki jeszcze czas.
"Wiesz wysiądę tutaj."
"Ale ja cię podwiozę na Zbawiciela!"
"Wiesz, ale może lepiej będzie jak wysiądę tutaj, zanim dojedziemy do Placu Wilsona."
Wolny!
Było po pół do drugiej.
Z kumplem się zdzwonimy po majówce.

A tyle już razy sobie obiecywałem, że nie dam się kolejny raz nabrać...

_______________________________________
[1] Eufemizm taki.

[2] Jakby co, to jest Google Maps.

poniedziałek, 9 kwietnia 2012

Święta dawniej i dziś

Święta na szczęście już mijają. Za oknem ulice skąpane w potokach pięknego słońca. Jeszcze tylko jutro wolne i znowu do pracy. Niestety zacznę ją od wyjazdu na indywidualne - absmak, ale cóż zrobić. Na szczęście w te dni wolne nie miałem żadnych prac do sprawdzania, bo sprężyłem się i uwinąłem ze wszystkimi przed świętami. Sam nie wiem, może to przyczyniło się do kiepskiego nastroju jaki miałem, tzn. owo pociśnięcie nieprzyjemnej pracy. Kumulacja przykrych czynników z pewnością podziałała silniej. Wczoraj tylko zrobiłem jeszcze parę robótek na stronę szkółki, tak że i tu mam wszystko załatwione jak należy.

Święta nie sprawiają mi żadnej przyjemności. Wymiaru religijnego nie mają dla mnie żadnego, a rodzinny? Pamiętam święta i juble z lat mojego dzieciństwa. Wielu gości, inne twarze, inne emocje, możliwość zasłużenia na pochwałę - to było ważne i fajne. Do tego lepsze jedzenie, na codzień nie spotykane, i ładnie podane, na odświętnej porcelanie, ze srebrnymi sztućcami babci. W szarzyźnie peerelowskiej rzeczywistości, kiedy gospodarka już się wyraźnie załamywała, to było atrakcyjne. Do tego perspektywa dziecka, z jeszcze względnie niewielkim balastem smutków i przykrości, ułatwiała skupianie się na przyjemniejszych aspektach wydarzeń.

A dziś? Rodzina i znajomi powymierali, przy stole siada 6-7 osób. Ja rodziny nie założyłem, choć przecież to syna powinność kontynuować budowanie rodziny, zapełniać puste miejsca przy stole. Jedzenie w zasadzie takie samo jakie można mieć na co dzień - w sklepach jest wszystko. Atmosfera naznaczona chorobą, śmiercią, pustką, nie oczekiwaniem od życia już niczego. Takie spotkanie rodzinne nie daje nic, żadnego wsparcia, żadnej ulgi, żadnej przyjemności. Jest tylko poczucie obowiązku. 

Dobrze chociaż, że słońce tak pięknie świeci.

niedziela, 8 kwietnia 2012

Schab

Zapadło ustalenie, że ulżymy mamie w pichceniu i przygotujemy część potraw. Siostrunia miała zająć się wypiekami, ja miałem upiec mięsko. Mama zdecydowała żeby to był schab i od szynki, tzw. kulka. OK, kupiłem, namoczyłem w maślance i upiekłem w rękawie. Schab w mieszance przypraw, szynka w tymianku, majeranku i cząbrze, z solą oczywiście. Piekę na termometr, a nie na czas, więc pieczyste wyszło soczyste, nie wysuszone - zacne.
Zaniosłem, ochy i achy, ale... już coś zadryndało poruszając znajomą strunę, co zlekceważyłem - nawet nie zajrzawszy do środka mama schowała do lodówki. Najs... Oczywiście - kordialne podziękowania za pomoc.

Dziś rodzinne śniadanie, półmisek wędlin się zapełnia - jak dla plutonu po manewrach. Okazuje się, że mama upiekła klopsa, a dziadek Gargamel nakupił szynki, baleronu i pasztetu w wędliniarni. Moich pieczystych nikt nawet nie spróbował. Na odchodnym, Gargamel usilnie mi wciskał swoje zakupy, z kiełbasami włącznie, bo nabył tyle tego, że nie ma co z tym zrobić.

Czy chodzi o te dwa kawałki upieczonego mięsa? Jasne że nie. One były tylko katalizatorem. Jak zwykle "rodzinne święta" wyzwoliły wspomnienie domu "rodzinnego"[1]. W tym konkretnym przypadku typowe zachowanie moich rodziców: oficjalne werbalne chwalenie, a za chwilę niewerbalne (albo niewiele rzadsze i werbalne) pokazanie, że sukces czy pomoc dziecka były bezwartościowe i bez znaczenia.

Można wyprowadzić dziecko z domu rodzinnego, ale domu rodzinnego z dziecka - nigdy.

______________________________________
[1] Czemu w cudzysłowie? Bo dziadek Gargamel nigdy nie omieszkał podkreślić: "Jak będziesz u siebie, to będziesz robił po swojemu. A jak długo będziesz U MNIE, to ma być tak ja chcę." Przekaz był niedwuznaczny - dziecko wychowywało się w nie swoim domu. Że nie było w tym złej woli, tylko bezgraniczna głupota i kompletny brak empatii? Niewielka pociecha - dla moich emocji znaczenia to nie miało żadnego.

czwartek, 29 marca 2012

Batem!

Ciężkawy dzień dziś był.
Chociaż właściwie jeszcze się nie skończył, ale mam nadzieję, że już żadnych atrakcji na dziś dla mnie nie przygotowano.;-)

Wczoraj po lekcjach siedziałem z paroma "Osobami Którym Zależy" i opracowaliśmy (dla całej szkółki) druk KIPU [1]. Potem siadłem z Dziewczyną Od Wszystkiego i wypełniłem po kolei KIPU dla wszystkich moich bambini. Wyszło na to, że mam ponad 1/3 klasy z różnymi STU [2]. Niewielkim pocieszeniem jest, że koleżanka Szepcząca ma ponad pół klasy i to cięższych przypadków niż moi.

Podczas lekcji i na przerwach wyglądałem raczej niezbyt rześko i kwitnąco, bo uczniowie z wyraźną ostrożnością się do mnie odnosili. W sumie słusznie, bo czułem się jak wyglądałem.

Nastroju zupełnie mi nie poprawiła rozmowa z naszą psycholożką. Usłyszałem mniej więcej to co gdzieś tam do mnie jak przez mgłę docierało ostatnio - że paru ananasów z mojej klasy za bardzo się rozbrykało. Branie towarzystwa na krótką smycz zupełnie mnie nie bawi i jest czymś w czym czuję się bardzo niepewnie. Niestety, nie mam w sobie za grosz skłonności zamordystycznych. Ach, gdybymż miał choć troszeczkę z Keldy! Tak ociupinkę chociaż - byłbym jak sierżant-szef w obozie kwalifikacyjnym Marines. Marzenia, niestety...

Tak więc na zebranie zespołów PPP [3] szedłem w nastroju kiepskim. Zespoły mi go ani trochę nie poprawiły. Bo z jednej strony miałem niejaką ulgę i może nawet satysfakcję, że robiąc to pierwszy raz poradziłem sobie zupelnie dobrze i nie wiem co mógłbym zrobić jakoś wyraźnie lepiej.

Z drugiej jednak obejrzałem sobie nasze rozkoszne grono znowu w akcji... Owszem, te wszystkie kipu-pierdypu to biurokratyczne wymysły. Ale niestety takie prawo nas obowiązuje i musimy to robić. To część naszej pracy i to bardzo ważna. Tymczasem na obowiązkowych zebraniach pojawiła się mniej więcej połowa grona! Ja i tak mogę mówić o szczęściu, bo z zespołu uczącego w mojej klasie to przynajmniej większość była, choć zabrakło paru nauczycieli ważnych przedmiotów.

Koleżanka Szepcząca zaś mogła mówić o wk...niu, bo z jej zespołu raczyła się pofatygować może 1/4 składu; reszta to olała.

Do tego, kiedy zaszła potrzeba obecności i autorytatywnej decyzji wice, okazało się że już poszedł do domu. Żeby było weselej - z listą obecności, która krążyła jakimś dziwnym obiegiem, gdyż nie widzieli jej i oczywiście nie podpisali ci, którzy prowadzili wszystkie zespoły i siedzieli na nich do samiuśkiego końca.

Żenujące to wszystko.

Kiedy wracałem do domu byłem więc w fatalnej kondycji. Myśl, że będę musiał ogarniać i pacyfikować te moje diablęta weneckie, nastrajała mnie wybitnie pesymistycznie. Jak zwykle w takich przypadkach włączyło mi się myślenie, że to moja wina, w tym przypadku - nie stawiałem im wyraźnie granic, co zresztą niedawno aluzyjnie dała mi do zrozumienia Kelda. Wiem że to moja słaba strona. Nikłą pociechą było zapewnienie szkolnej psycholożki, że jestem bardzo dobrym wychowawcą. Gdybym był nim naprawdę, to bym nie dopuszczał do takiego rozbrykania.[4] Więc jestem co najwyżej - lepszym od wielu innych (jak to szło? aha,  w królestwie ślepców jednooki królem).

Kiedy wróciłem do domu, zjadłem coś, troszkę ochłonąłem i zwolniłem. Wielki problem pt. Ogarnięcie bachorów, przestał się jawić jako przytłaczająca, niedostępna góra i zaczął nabierać realniejszych wymiarów. Nie będzie to łatwe, ale jutro przystępuję do działania. Nie będę strzelał od razu z armaty, tylko zacznę od poważnej rozmowy, a potem szybko zacznę eskalować środki oddziaływania, jeśli pacjent okaże się lekooporny. Łatwo nie będzie i nie wiem czy w ogóle zakończy się powodzeniem, ale już jestem gotowy zmierzyć się z problemem.[5] Na pierwszy ogień - Sferyczny. En avant!

____________________________________
[1] KIPU - karta indywidualnych potrzeb ucznia.

[2] STU - specyficzne problemy uczenia się.

[3] PPP - pomoc pedagogiczno-psychologiczna.

[4] Ale też mam świadomość, że ogromną rolę odegrało moje zmęczenie w ostatnich tygodniach. Kiepski nastrój emocjonalny też potężnie się do tego przyczynił.

[5] Cały ja - przed podjęciem decyzji martwię się, że sobie nie poradzę, ale kiedy już decyzję podejmę to sunę naprzód bez wahań i jęczenia, że "trzeba było inaczej!", a potem nie rozpamiętuję i nie roztrząsam. Na szczęście zupełnie nie poszedłem tutaj w Dziadka Gargamela (którego motto życiowe mogłoby brzmieć: "A cholera, żebym to ja wiedział...!").

niedziela, 25 marca 2012

Szkielet wielkanocnego zajączka z szafy

Dwa zdarzenia popsuły mi humor (nie to, żeby przedtem był jakiś specjalnie dobry, raczej szedł standardem ostatnich miesięcy). Zajrzałem do Gargamelów[1], bo mama się rozchorowała i chciałem zobaczyć czy jej trochę lepiej po pierwszych antybiotykach. Trafiłem na Siostrunię, która przyszła w tym samym celu (plus obiad). Podjęła temat Świąt dyrygując przygotowaniami - chodzi o to, żeby mamę odciążyć od krzątania się po kuchni, ale na mój gust odniesie połowiczny sukces, bo mama tłuczenie garnkami traktuje jako podstawową funkcję swej roli rodzinnej i próbę odsunięcia od kuchni traktuje jako zamach na imponderabilia, któremu musi się przeciwstawić z całą przebiegłością i zdecydowaniem. Więc podejrzewam, że i tak będzie próbowała coś upiec cichaczem na własną rękę, niezależnie od naszych ustaleń. Machnąłem już na to ręką, upiekę co mam upiec i siup. W sumie udział w zapełnianiu stołu nie stanowi dla mnie problemu.

Gorzej, że Siostrunia się rozpędza i oznajmiła, że trzeba wyręczyć ojca od mycia okien i że mam się włączyć, bo jej syn i jego panna będą myli. I tu mi się włączyło faktycznie, ale opór. Nie znoszę jak mi się coś narzuca, zwłaszcza z podtekstem "Jesteś to winny!". Poza tym bardzo różnimy się w podejściu do pracy: ja preferuje pracę solo, którą sam sobie organizuję i nie lubię korzystać z pomocy, zaś Siostrunia uwielbia zaangażować wszystkie formy życia w okolicy do pracy/pomagania, co jest dla mnie wybitnie frustrujące i irytujące.[2] W dodatku Siostrunia robi to w taki sposób, że  odmawiający ma poczucie iż dokonał właśnie czynu niegodziwego a co najmniej moralnie wątpliwego.

Do tego mycia okien bardzo nie lubię z racji mojego silnego lęku wysokości (niby wie że mam, ale wyraźnie do niej nie dociera).

A nie wiem, czy nie najsilniejszym czynnikiem jest to, że mi się natychmiast wyświetlił powrót do rodzinnego domu. Sprzątanie było moim obowiązkiem i zrobienie tego znowu tam wywołuje najbardziej nieprzyjemne wspomnienia. Siostrunia, jako dużo starsza ode mnie, wychowywała się w innych warunkach (sama kiedyś powiedziała, że miałem pecha urodzić się tak późno, kiedy Gargamelowie bardzo się już zmienili) i pewnych niuansów zupełnie nie czuje. Choć nie mieszkam tam od wielu już lat (Bogu niech będą dzięki!) i wiele rzeczy mam już psychicznie przepracowanych,[3] to hasło: "Łap się za sprzątanie!" natychmiast wywołało uśpione od lat wspomnienia. 
Mogę zrobić zakupy, upiec, pozmywać... Ale nie chcę sprzątać, a zwłaszcza myć okien. :-(

Aaa... jeszcze drugie zdarzenie. Sms: "Hej, co u Ciebie słychać?" Po paru miesiącach głuchej ciszy takie zainteresowanie, cóż za nagły fawor i splendor dla mnie! A ja wciąż pamiętam te przykrości i odepchnięcia. Akurat zablokowana "na wychodzące" komórka ułatwiła kwestię odpowiedzi. :-(

Ale przykro i tak.

_____________________________________________
[1] Od rodzinnego pseudonimu Pana Domu (mojego, nie chwaląc się, złośliwego autorstwa). Mam ten talent po tatusiu. Wybitny językolog, Dziadek Gargamel, wzniósł się kiedyś na wyżyny swojej kreatywności porządkując świat nazewnictwa członków rodziny. Otóż poinstruował swego wnuczka: "To jest, Jasiu,  twoja babcia, czyli Babcia Marysia. A to... - pokazał na swoją matkę, a prababkę rzeczonego Jasia - to jest... eee... to jest... Babcia Staruszka!". Biedna babcia już do końca swych dni pozostała "Staruszką".:-)

[2] Dobrą ilustracją jej działania jest niedawny przypadek jej urodzin. Wykonała serię marszów i kontrmarszów pt. "Gdzie urządzać???", a kluczowym problemem był stół. Otóż nie posiada odpowiedniego stołu dla gości, to znaczy posiada, ale nie chce jej się go wyjąć ze składziku. Mogła, za moją sugestią, pożyczyć stół od rodziców, ale nie była w stanie go przewieźć. Jest ich tam troje, każde z prawkiem, mają samochód w stałym użyciu, a nie mogą przewieźć na dystansie 2 km rozkręcanego na części stołu. Tymczasem ja sam przeniosłem kiedyś ten stół w częściach od Gargamelów do siebie i z powrotem, i to dwukrotnie (20 minut marszu). 

[3] Czy jak kto woli - mam  poupychane  w szafach swojej psychiki różne szkielety, które na co dzień z nich nie wyłażą.

sobota, 17 marca 2012

Ostatni weekend zimy

Piękna pogoda, cieplutko. Zima żegna się z nami jakoś przyjaźnie i sympatycznie. Rano wyszedłem jeszcze w czapce, rękawiczkach i polarku, ale szybko je zdjąłem. Jakoś niezauważalnie przemknęła tegoroczna zima.

Już połowa marca, jeszcze 6 tygodni i pójdą już sobie maturzyści. Ale że po drodze święta, to zleci jeszcze szybciej. Potem matury i zaraz wakacje. I cały rok przeleci. Kolejny rok. Coraz szybciej mi te lata przemykają, życie coraz szybciej przecieka między palcami. Jaki to wszystko ma sens?

Na mieście mnóstwo ludzi, lekkie ubrania, krótkie rękawy, okulary przeciwsłoneczne. Gdzieś się śpieszą, gdzieś pędzą - jak to w Wawie (podobno mówi się o nas, że Warszawiaka można poznać po tym, że wszędzie się śpieszy i wchodzi nawet po schodach ruchomych). Byłem u rodziców, poszedłem do Siostruni życzenia urodzinowe złożyć i suwenirem ucieszyć (10 płyt z muzyką "rudego księdza") wysłuchałem i poszedłem na zakupy. Szedłem sobie, bardziej żeby się przejść niż lodówkę zaproduktować, mijałem tych wszystkich ludzi i jakoś nie najlżej mi było. 

Zwieść cię może ciągnący ulicami tłum,
wódka w parku wypita albo zachód słońca,
lecz pamiętaj: naprawdę nie dzieje się nic
i nie stanie się nic - aż do końca.

Czy zdanie okrągłe wypowiesz,
czy księgę mądrą napiszesz,
będziesz zawsze mieć w głowie
tę samą pustkę i ciszę.

[słowa: Michał Zabłocki]

niedziela, 11 marca 2012

Udarem przez płytki

Dobry brat poszedł i półeczkę zamontował. Przezorność podpowiedziała, żeby wziąć więcej kołków i wkrętów, bo skoro Siostrunia nie powiedziała na ile punktów półeczka mocowana, to może być od dwóch do fafnastu. Wiem już, że przezorność moja mądrusia jest, więc jak jej dosłyszę to słucham. 
Półeczka okazała się mieć prawie metr długości i metalową konstrukcję. Spoko, nie takie rzeczy się robiło. Zaznaczyłem miejsca na otwory, zrobiłem rysikiem wgłębienia w szkliwieniu, żeby wiertło nie tańczyło, najniższe obroty i jedziemy[1]. 
I stoimy.
Czy obroty małe czy duże efekt ten sam - wiertło zaraz zacznie dymić, a ja się nawet jeszcze przez szkliwienie na całej średnicy nie przegryzłem. Ki czort? Przyglądam się dokładniej glazurze, coś mi świta, ale pytam jeszcze Siostrunię. Watsonie, ależ to elementarne! Na ścianie jest to samo co na podłodze - terakota i to zajebiście solidna. Wiertło zrobię na Kojaka zanim się przez to cholerstwo przewiercę. 
No to ryzyk fizyk, ostrzegłem inwestorkę, żeby się zaasekurować gdy zobaczy co się (najprawdopodobniej, jak sądziłem) stanie z płytkami kiedy uruchomię plan B. Przestawiłem na udar, małe obroty i duf-duf-duf! Jeden otwór, drugi, czwarty... wszystkie. W betonie szło łatwiej niż w tej cholernej terakocie! Do tego żadna z płytek nie pękła, choć otwory fi8 były ~3 cm od ich krawędzi; troszkę tylko ukruszyło się szkliwienie wokół krawędzi otworów. Ot, siurpryz.

_____________________________________
[1] Zasadniczo jest zasada, że w glazurze wierci się bez udaru, bo od wibracji pękają płytki.

piątek, 9 marca 2012

Perspektywa weekendowego wypoczynku

Kolejny tydzień w pracy za mną. Finisz był pracowity, bo i dzienniczny [1] uzupełniłem (rzutem na taśmę Señor Infor wskrzesił mojego trupka kompka) i pisaninę trzech klas sprawdziłem i rozmowę z matką ucznia odbyłem. Rozmowa - trudna, przygnębiająca, bez większych nadziei na uzdrowienie sytuacji - nic nie możemy zrobić, problem musi rozwiązać rodzina, a w kwestii tego czy i kiedy to zrobi, to jestem raczej niezbyt dobrej myśli.

Próbowałem wytłumaczyć dyrekcji, że forsowane przez nią rozwiązanie pewnej kwestii grozi zainstalowaniem niebezpiecznej luki przez którą kiedyś możemy sobie biedy napytać, ale nie udało się. Zafiksowała się i ani drgnie. Widzi tylko jeden aspekt problemu - ten który już zaistniał i nie przestawia się na szersze spojrzenie, choć oczywiście jest święcie przekonana, że patrzy szeroooko. Cóż, opędzanie się od obrońcy uciśnionych jest dla niej ewidentnie męczące i absorbujące. Żaliła się zresztą, że już nie ma na to siły.

Dzieci opieprzone raz i drugi wyraźnie starają się na moich lekcjach, co daje zróżnicowany rezultat. W mojej klasie - połowiczny, w klasie Keldy - komiczny. Moi próbują sie jako tako mitygować, ale temperament ich ponosi i kilku co i rusz pajacuje. Stopniowo zaganiam ich do pracy, zobaczymy co z tego wyjdzie. [3]
Za to Feegle starają się heroicznie sprawiać wrażenie uważających i skupionych. Wygląda to tak jakby zaawansowane ADHD powstrzykiwało sobie botoks wszędzie gdzie się da i usilnie próbowało wyobrazić sobie jak wygląda wyraz skupienia i zainteresowania na twarzy.

Wszystkich chyba przebił Danny Potter, który ofiarnie pozbył się swojej dyżurnej gazety i siedział sztywno jakby kij połknął, odchylony do tyłu tak, że sprawiał wrażenie jakby wciskał się górą tułowia w oparcie krzesła. Patrzył na mnie nienaturalnie szeroko otwartymi oczami i wyglądało jakby bał się je choć dla mrugnięcia powieką zamknąć [4]. No, komedia. Kelda twierdzi, że ich  nie opieprzała, ani żadnych standardowych dydaktycznych smrodków nie emitowała. "Ja tylko z nimi porozmawiałam. Powiedziałam im, że nie musiałam pytać pana profesora coście robili - wystarczy, że zobaczyłam jego minę."

Może w weekend trochę odpocznę. Mam wprawdzie trochę prac do sprawdzania i biurowej roboty, no i Siostrunia (wielka przeorysza zakonu "BO-TY-NIGDY-NIE-CHCESZ-MI-POMÓC!") wierci mi dziurę w brzuchu, żebym jej półkę w łazience zamontował. Fakt posiadania przez nią w domu dorosłej pociechy płci męskiej nic nie zmienia, bo "on nie ma do tego nerwów i zaraz mi wszystko podziurawi". Więc nie mam wyjścia, jak sie będę ociągał to usłyszę ww. zawołanie, ewentualnie w wersji przygważdżającej - tzn. uzupełnionej o "CIEBIE-O-NIC-NIE-MOŻNA-POPROSIĆ!"
Nie muszę chyba dodawać, że nazwanie tego po imieniu szantażem emocjonalnym natychmiast wygenerowałoby tsunami obrazy i wezwanie niebios w obronie sponiewieranej niewinności. ;-)
___________________________________
[1] Nowy neologizm [2] mojego autorstwa: skrótowiec od "dziennik elektroniczny".

[2] To tak dla podkreślenia świeżości i nowatorstwa.

[3] Zły pan kazał pod koniec lekcji przeczytać przełooogroooomny kawał tekstu (~27 linijek) a następnie zapytał z tego na ocenę. Szczęśliwiec coś bąknął, coś zamamrotał  po czym oznajmił półszeptem: "Miałem pięknie ułożoną wypowiedź, ale teraz już nie pamiętam co chciałem powiedzieć."

[4] Zapewne z obawy, że jak zamknie to już ich nie otworzy, obalony natychmiastową sennością.

sobota, 24 grudnia 2011

I po wigilijnej kolacyjce


No i po rodzinnej wigilii. Jak na naszą tradycję, to było nawet miło. Raptem jedno drobne spięcie to detal niegodny uwagi. Chyba wiele zmieniło pojawienie się panny Łapu Capu - jej obecność wydaje się tonować nasze zachowania. Choroba mamy też pewnie się do tego przyczyniła, że Dziadek Gargamel trochę przycichł. Jedynym śladem, że uczestniczyłem w rodzinnej imprezce jest ból głowy, który mnie trzyma. Ale w końcu - tradycja.
Zobaczymy jak będzie jutro. Zwłaszcza, że będzie Cioteczka Najsłodsza, a Łapu Capu nie będzie...

piątek, 11 listopada 2011

Zachowania przemocowe


Wielu rodziców ulega pokusie pójścia na skróty w wychowywaniu dzieci i sięga po środki dające szybki efekt. Wymuszenie na dziecku określonego zachowania krzykiem, groźbą, bądź szantażem emocjonalnym jest w pewnym wieku łatwe. Rodzic od razu dostaje gratyfikację w postaci stwierdzenia swej skuteczności. Łatwo się do tego przywyczaić. Jeden uważa to za całkowicie normalne i naturalne, bo sam tak został wychowany.[1] Inny przyzwyczaił się w pracy do wydawania poleceń i ich egzekucji, więc bezrefleksyjnie przenosi to na grunt rodziny. Jeszcze inny zrazu ma poczucie, że to może nie jest najlepsza metoda wychowawcza, ale ulega pokusie ułatwienia sobie radzenia z dzieckiem.

Wymuszanie na kimś czegokolwiek jest brakiem szacunku wobec tej osoby. Jest zamykaniem się na jej potrzeby i emocje. Jest zaniżaniem jej poczucia własnej wartości. Jest wpajaniem jej, że jest mniej ważna od ludzi z którymi się spotyka.

Człowiek, który jest wychowywany przemocowo wypracowuje mechanizmy radzenia sobie z tym. Zamyka się w sobie, tłumi emocje, deprecjonuje swoje potrzeby. Uczy się ukrywać swoje zdanie, uczy się kłamać i oszukiwać. Wie że nie warto być uczciwym, więcej nawet - nie można. Bo uczciwość to własne zdanie, a ono jest przecież zabronione, liczy się tylko zdanie dominującego. Kłam, idź w zaparte, nie przyznawaj się! Wszystkie chwyty dozwolone, byleby uniknąć konfrontacji z bliskim, bo on przecież uruchomi przemoc. Dziecko uczy się reagować na świat lękowo. Strach jest jego kluczem do komunikowania się z otoczeniem. Nie ma azylu w postaci bliskich, którym mogłoby zaufać, do których mogło się schronić przed światem. Bo bliski to przemoc. Jest samo, zalęknione, samotne.

I wcale przemoc fizyczna nie jest najgorsza.

Najgorsza jest przemoc psychiczna, grająca na emocjach i uczuciach dziecka. Może doprowadzić do zbudowania poczucia winy, z którym dziecko nawet jako dorosły dobrze w latach posunięty nie będzie sobie radził. Nawet może sobie nie zdawać sprawy, z tego co jest głównym sterownikiem jego psychiki. Będzie nieszczęśliwym, być może krzywdzącym innych człowiekiem.
___________________________________
[1] Ducha polskiego tradycyjnego modelu wychowywania dzieci oddaje jego motto "dzieci i ryby głosu nie mają".

niedziela, 13 marca 2011

Epizod z Powstania


Trwało Powstanie. Wymordowana Wola pogrążyła się już w ciszy. Umierała Starówka. Coraz gęściej padały pociski i bomby na Śródmieście. W domach między Zielną i Marszałkowską, Próżną i Świętokrzyską ludzie kryli się przed ostrzałem w piwnicach. W mieszkaniach zostawiali gotującą się z wolna zupę i tylko do czasu do czasu biegiem opuszczali bezpieczne podziemne schronienie by doglądać jedzenia i dobytku.
Jeden z mieszkańców, pan Kwiatkowski, zwrócił uwagę na przerwę w ostrzale i ruszył na górę do swego mieszkania. Zawołał do siedzącej obok sąsiadki:
- Pani idzie na górę póki ucichło. Szybko!
Sąsiadka bardzo się bała i dla dodania sobie choć trochę otuchy wzięła dla towarzystwa niewielkiego kundelka Pimpusia. Wyszli z piwnic i ruszyli przez podwórze do swojej oficyny. Nagle kobieta zauważyła, że Pimpuś stanął na progu piwnicy i nie chce wyjść na podwórze, zawahała się, ale strach przeważył i zawróciła po niego.
- Zostaw pani tego kundla! Leć pani na górę! - ponaglił pan Kwiatkowski.
- Idę, już idę! - odpowiedziała kobieta, próbując złapać na ręce psa, który odskoczył w głąb piwnicy.

I wtedy uderzył pocisk. A może to była bomba?
Gdy opadł kurz, nie było już ani oficyny, ani pana Kwiatkowskiego.

Pimpuś przeżył wojnę, a jego pani doczekała jeszcze upadku komuny i narodzin III Rzeczypospolitej.