Pokazywanie postów oznaczonych etykietą diablęta weneckie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą diablęta weneckie. Pokaż wszystkie posty

piątek, 29 czerwca 2012

Rekrutacyjna góra lodowa

No i koniec  roku  zajęć szkolnych (bo rok formalnie trwa do końca sierpnia). Gala na boisku poszła szybko i sprawnie. Wręczanie nagród dla uczniów było okazją do obserwacji, jak z ludzi wyłazi ich natura przy tak, wydawałoby się, drobnej czynności jak pisanie i wygłaszanie dedykacji. Jedni wychowawcy poszli tropem rzeczowego konkretu: "Nagroda dla Stasia Kowalskiego za bardzo dobre wyniki w nauce", ale niektórzy chyba pragnęli podnieść rangę chwili i wydarzenia mocą swej elokwencji. Tego nie dało się słuchać. Oni za to, jak się zdaje, uwielbiają się słuchać.

Bambini generalnie ubrane znośnie, a jak odnieść do aktualnych standardów okolicznych gimnazjów - to wręcz wytwornie. Jeden dżentelmen, który wkroczył w cokolwiek wytartych bermudach i czerwonej bejsbolówce padł ofiarą mojego oddzialywania pedagogicznego ("Słoneczko, to jest może strój galowy, ale na święto plaży, a nie koniec roku!".

Wygłosiłem krótką (jak sądzę) mówkę: pogratulowałem im wyników, że się cieszę, że jestem ich wychowawcą, że zupełnie nie kłóci się to  z tym, że od czasu do czasu wobec ich zachowania mam ochotę wrzucić im do sali parę granatów, zamknąć drzwi i podskakiwać z radości, żeby wypoczęli i uważali na siebie i takie tam różne. Rozdałem świadectwa, oni mi złożyli podziękowania, od kwiatka się niestety nie wymigałem, prawie wszyscy wyszli, a ja dopiero wtedy...

Noszkurważeszmać!

...przypomniałem sobie o cukierkach dla nich. :-((( A miałem je już wsypane do salaterki, tylko sięgnąć ręką do biurka. Popsuło mi to humor bardzo. Tak chciałem zrobić im małą przyjemność na pożegnanie, a i to spieprzyłem. Alzheimer, psiakrew. Rozdałem tym co jeszcze zostali, ale i tak większość zabrałem z powrotem (część podrzuciłem komisji rekrutacyjnej).

Z podziękowaniami przyszło parę osób z paru (nie wszystkich) klas. I koniec. Szkoła opustoszała.

Długim pustym korytarzem poszedłem do sali rekrutacyjnej. Źle się czułem tam siedząc, jak nigdy wcześniej. Ludzie, z którymi pracuję od lat, ale obcy mi i obojętni, z którymi nie mam żadnego bliższego kontaktu, z którymi nie mam właściwie o czym rozmawiać, dalecy mi mentalnie.
Do tego minimalny ruch kandydatów. Błąd popełniony przez pewną osobę właściwie załatwił nas w tegorocznym naborze - w kluczowym momencie kiedy gimbusy wybierały szkołę do której miały złożyć papiery, myśmy byli pozbawieni naszego najważniejszego atutu, który mógł przyciągnąć do nas znośny materiał ludzki. Tymczasem w tym właśnie okresie nasza oferta odstraszała zamiast przyciągać, więc teraz mamy (jako szkoła tzw. pierwszego wyboru, czyli preferowana) w efekcie chętnych na mniej niż połowę miejsc. Dziś potwierdziło te deklaracje mniej niż połowa z nich, a koniec tego etapu rekrutacji ma miejsce w poniedziałek o 14.00. Wyniki tych, którzy jak dotąd potwierdzili wstępne deklaracje... khehm... nie zachwycają, oględnie rzecz ujmując. Jeśli to się utrzyma, nabór będzie katastrofalny, a praca dydaktyczna i wychowawcza z nimi będzie mordęgą. Szkoła zaś znowu zjedzie po równi pochyłej po której się porusza od lat.

Przesiedzenie w tych warunkach kilku godzin podziałało na mnie przygnębiająco.

czwartek, 28 czerwca 2012

Zaświadczam więc pracuję

Bieganina od rana, ale przynajmniej najistotniejsze sprawy opędzone. Zmiany w dokumentacji uchwalone, naniesione i porozsyłane komu trzeba. Zestawy zadań  na poprawkę (w sierpniu) gotowe. Dziennik papierowy - uzupełnione wpisy, jeszcze tylko trzeba koleżankę AntyAntonię dopaść, żeby się podpisała gdzie trzeba i można nieść dziennik do wice. Ale to już w przyszłym tygodniu. Uporałem się ze zmorą czyli pisaniem dedykacji w książkach nagrodowych. Zmorą - bo bardzo się boję, że się pomylę i zepsuję nagrodę. Grunt, że to co trzeba diablętom jutro dać - jest gotowe i czeka.

Skoro o wice mowa, to jak zwykle na dzisiejszej radzie przypomniał nam o jeszcze paru oświadczeniach które każdy ma mu oddać. "Zaświadczam więc jestem". Sprawozdania, oświadczenia i temu podobne pierdy to podstawa belferskiego zawodu. Mogę w oświacie naszej golić z piersiówki czyściochę za mapą schowany i mało prawdopodobne, żeby kto zwrócił na to uwagę, ale niechbym spróbował nie oddać jakiegoś kwitka! Wice już zapowiedział, że będzie ze szkoły pojedynczo wypuszczał (w domyśle sprawdzając, czy amator wyjścia z papierologii się z nim rozliczył). 
Najnowszy (?) wynalazek, to specjalne pisemne oświadczenie wyliczające w których lasach zrealizowałem podstawę programową, a w których nie i dlaczego. Bo okazuje się, że stosowana od lat adnotacja w dzienniku lekcyjnym na stronie z ocenami - "Podstawa programowa w zakresie podstawowym (albo rozszerzonym) została zrealizowana + data + podpis" - jest niewystarczająca. Ma być osobny papier z oświadczeniem. Bo tak.

Rada rodziców złożyła nam życzenia i tortem poczęstowała (leżącym, nie lecącym). Tort nawet smaczny. Oficjalnie odchudzający się Señor Infor wtrząchnął dwa kawałki, a i to tylko tyle pewnie dlatego, że siedział w przeciwległym rogu sali co tort i nie bardzo mógł się przepychać po repetę (więc wsunął tylko porcję a conto nieobecnej koleżanki).
Nie wiem tylko czemu dziś to wszystko miało miejsce, skoro takie eventy były dotąd zawsze na radzie po zakończeniu roku, a nie klasyfikacyjnej.

Mnie zaś pewną przyjemność sprawiło stwierdzenie, że kupiona przez Allegro marynarka dobrze na mnie leży. Ale zarazem rozbawiło mnie, że jest to marynarka z linii "Slim fit", o czym zaświadcza stosowna metka na rękawie (zapewne dlatego, że inaczej nikt by w to nie uwierzył). Mimo że zrzuciłem trochę kilogramów w ostatnich latach, to określenie "slim" w odniesieniu do mojej sylwetki jest wybitnie humorystyczne, by nie powiedzieć - groteskowe. Ale klucz pewnie tkwi w tym, że marynarka jest angielska, a tam podobno coraz więcej grubasów. Więc jeśli ja na Wyspach byłbym slim to... God save the Queen!!

środa, 27 czerwca 2012

"Czarny czwartek" w szarą środę

Arkusze wypełnione, no, prawie wypełnione - nieobecności dopiszę kiedy rok szkolny się skończy. Świadectwa wydrukowane, ostemplowane i podpisane. Projekt zmian w dokumentacji szkolnej przygotowany i oddany Dyrekcji. Zakres do poprawki przygotowany. Tłumaczenie rodzicowi, dlaczego nie życzę sobie prezentów na koniec roku, ani kwiatków. Mam wrażenie, że niektórzy reagują na takie deklaracje, jakby była to moja zawoalowana groźba wyrzucenia ich dziecka ze szkoły. W głowie im się nie mieści, że nauczyciel może nie chcieć prezentów, słodyczy, kwiatków itp. Więcej przyjemności sprawi mi uczeń, którzy przyjdzie  i powie coś w rodzaju: "Dziękuję, panie profesorze, za ten rok co pan z nami miał." albo "Dziękować, sorze, zajebiście u pana było!" (autentyczne), niż przyniesie coś co sam mogę sobie w sklepie za rogiem kupić.

Z "reprezentacjami" klas byliśmy dziś w Świątyni pw. Kurtyki, czyli w ośrodku IPN na projekcji "Czarnego czwartku" Antoniego Krauzego. Jak zwykle na polskim filmie - kiepski dźwięk, przez który mniej więcej połowy nie usłyszałem. Sam film smutny. Scenografia wydała mi się jakaś... nieprzekonująca. Poza tym film prześlizguje się nad tym, jak doszło do przygotowania masakry - trzeba było tu zbudować jakąś historię, a nie luźny ciąg obrazków. Niechby był kontrowersyjny, ale żeby był jakiś. A tak - jest letni, nie ma w nim pasji. Nie czuje się porywu twórców. Nie widać, żeby ten temat ich prawdziwe zaangażował, żeby powstał z potrzeby podzielenia się z widzem swoją wizją tamtych zdarzeń. To mały film.

Poszedłem do księgarni kupić książkę na nagrodę dla Śpiocha, bo ta , którą wybrałem ze szkolnych zakupów mi jakoś nie leży. Wczoraj jeszcze wyprawiłem się do marketu po cukierki dla moich diabląt weneckich. Nie dostały na dzień Dziecka, to dostaną na zakończenie roku. 1. czerwca im nie dałem, bo wkurwiły mnie wtedy tak, że miałem ochotę poczęstować ich wiązką granatów a nie cukierkami. Przeszło kilo czekoladek chyba starczy, żeby cholery zapomniały jaki podły wychowawca im się trafił.

piątek, 22 czerwca 2012

Koń z karuzeli

Dwa ananasy z mojej klasy wybroniły się wreszcie przed jedynkami. Faktem jest, że koleżance Dymiącej aureolka powinna urosnąć za to jak ich ciągnęła [1]. W każdym razie zanosi się na sensację: moje diablęta weneckie nie będą miały ani jednej jedynki! Jak na naszą szkółkę to już nieliche osiągnięcie, a jak na ten profil klasy to już u nas absolutny ewenement. 

Rozbrajający są. Poziom rozwoju emocjonalnego - wczesne gimnazjum. Ilość energii jakiej wymagają ruszyłaby z mułu krążownik. Spodziewać się można po nich wszystkiego. Jeden z nich od paru dni cieszy się, że wyszedł z kilku zagrożeń i ZDAJE. Dziś wiedziony nagłym przypływem entuzjazmu z tego powodu, znienacka podjechał do mnie na krześle na kółkach i się przytulił cały przeszczęśliwy. I jak tu tych choler nie lubić? A chwilę potem wylądowałem na dywaniku u Dyrekcji, z okazji pyskówki jednego z moich z woźnym.

Może zabawnie się to czyta, ale dla wychowawcy takie szarpanie od bandy do bandy jest okropnie obciążające dla psychiki. Jedną pociesz, drugą przytul, trzeciego pochwal, czwartego opieprz, a piątego wytłumacz i zmotywuj do czegoś na co zupełnie nie ma ochoty. I to wszystko z marszu, bez uprzedzenia, nieraz naraz.

A kiedy wraca się do pustego domu i samotnego życia to z jednej strony jest poczucie odsapnięcia od tego młyna, ale z drugiej strony przestawienie na zupełnie inne obroty, zupełnie inną gęstość emocjonalną, inne tempo życia. Tam masz podświadome poczucie, że jesteś jakoś komuś potrzebny, dla kogoś choć na ułamek chwili ważny, bo użyteczny do czegośtam. Tu - wprost odwrotnie, masz wrażenie, że jesteś sam, nikomu nie potrzebny, nie zauważany, zbędny. Jak koń z karuzeli - póki na niej się kręcący, póty budzący zainteresowanie. Zdjęty z niej i złożony pod płotem - budzący w najlepszym razie obojętność, o ile w ogóle zwracający uwagę.

* * *

Muszę skorygować swoje wczorajsze deklaracje. Jednak przybańczę dwie sztuki. Zupełnie zapomniałem, że próbuję wyciągnąć jeszcze Mołojca, ale otaborzył się solidnie i bronił przed dopem nadzwyczaj krzepko. Moja chęć przepuszczenia go nie wystarczyła i klops - druga pała.
______________________________________
[1] ...wśród kwiatków w rodzaju "Woda to pierwiastek"!

środa, 20 czerwca 2012

O spodniach i krowim stadzie

W szkółce dziś 6,5 godziny, choć lekcji tylko dwie. Ale trzeba było jakieś poprawy pokończyć, nauczycieli połapać, żeby zachowanie moich diabląt weneckich mi skwitowali, same też diablęta przyhaltować, żeby samoocenę zachowania zrobiły. Walkę z kompem i netem stoczyć, żeby oceny do elektronicznego wpisać (częściowo tylko udaną, bo net zszedł, bejbi, net zszedł). I tak zeszło. 

Plany samorządowo-ministerialne jak ukrócić nauczycielskie eldorado, o których donosi dzisiejsza prasa jakoś nie specjalnie mnie poruszyły -  i tak zrobią z nami co będą chcieli, czyli wydymają na sucho, a to krowie stado czyli moja szacowna grupa zawodowa nawet się nie ruszy.

Z jednej strony chciałbym, żeby się już to zamieszanie z końcem roku skończyło, ale z drugiej strony do urlopu mi nie pilno. I tak tkwię w swoistym stanie rozdarcia? rozkroku? zawieszenia? Sam nie wiem.

Tknięty nagłym impulsem [1] wygarnąłem z szafy spodnie z czasów żałości i kaszalocji i zręcznem ruchem posłałem na śmietnik. Miłą była chwila powiedzenia sobie, że jednak te dwa numery rozmiaru z pasa zgubiłem. Jakby nie patrzeć - sukces, tym bardziej że bez wyrzeczeń [2]. Z drugiej strony: i co z tego? Ano nic.

__________________________________
[1] Swoją drogą: czy może być nie nagły impuls?

[2] Diet, weidera itp.

piątek, 15 czerwca 2012

Uczciwie? Boże uchowaj!

Cztery godziny z haczykiem snu to trochę mało. Jakoś mi wczoraj zeszło do późna, a rano na pierwszą lekcję. Com wcześniej planował sobie sprawdzić bądź przygotować to się omskło, bo najpierw Kelda zażyczyła sobie bym jej towarzyszył kiedy będzie peregrynować do źródła mamony[1]. Potem szkolono mię bym wiedział jak arkusz ocen i dziennik wypełniać[2]. Kiedy przyszedłem do domu, chwilę odsapnąłem, zjadłem, ledwie co zrobiłem, a tu znowuż Kelda telefonicznie ze swoimi przemyśleniami, na czym zeszło nam i owszem.
A jak się już nocką obrobiłem ze sprawdzeniem prac, to tuż przed wyłączeniem kompa przypomniałem sobie, że moje bambini następnego dnia piszą sprawdzian. Z historii piszą. Więc musiałem w dyrdy przygotować dwa arkusze testu. W trakcie układania wyświetliło mi się, że jeszcze human-tuman umówił sie na poprawę[3], więc trzeba przygotować jeszcze jeden teścik. I tak zeszło za północ. 

Żeby sobie te trudy i cierpienia jakoś zrekompensować sprawiłem sobie porcięta przez Allegro - radośnie zielone chinosy. Dziś rano niestety opadły mnie wątpliwości czy nie przesadziłem z ich oczojebnością i czy nie będę w nich wyglądał jak idiota w odmianie "bąbel-próchno". No ale trudno, najwyżej skończą na dnie szafy pracując na mój honorowy tytuł "Przyjaciel Roku Moli Odzieżowych". Choć muszę przyznać, że sprzedawca tych galotów miał jeszcze takie piękne czerwone[4], błękitne [5], żółciutkie[6], burgundowe[7] czy granatowe[8]. Gdyby nie to, że muszę przyhamować z wydatkami, sprawiłbym sobie parę par. Ale niestety - nie dla psa kiełbasa, nie dla belfra portki.

A na dzisiejszym sprawdzianie Sferyczny znowu dał popis. Do tego zakutego łba nie dociera, że niszczy cały kredyt wyrozumiałości jaki mam dla niego (jak dla każdego nowego ucznia) i zaczyna mnie wkurzać. Kiedy zabrałem mu pracę (po 2 ostrzeżeniach żeby nie gadał) urządził spektakl pt. Foch cudownego dziecka. Posunął się do tego, że wyjął podręcznik i zaczął głośno podpowiadać klasie. Na moją uwagę, żeby natychmiast przestał odparł butnie  "Ząb za ząb!". Nie jestem pewien co u niego jest większe - głupota czy bezczelność. Skłaniam się raczej ku głupocie.

Wolfi też błysnął. Próbował ściągać ze smartfona. Zwróciłem uwagę raz i drugi, nie poskutkowało - znowu zaglądał, więc zabrałem mu pracę. Po zakończeniu sprawdzianu dziecię błyska tekstem: "Ojej, przecież tam nie było nic z tego co potrzebne do sprawdzianu. A poza tym ja musiałem z niego spisywać, bo przecież ja nic nie wiedziałem i nic bym nie napisał!" A po chwili "To jak będzie z moją trójką?"

Bałwan, po prostu bałwan. Zamiast powiedzieć po prostu, że nie nauczył się bo zaliczał chemię i nie dał rady, to woli próbować na głupio-bezczelnego oszustwa. A dodajmy, że nie broni się u mnie przed oblaniem tylko poprawia z "dopa" na "dostateczny"[9]! Gdyby uczciwie powiedział i oddał pustą kartkę, to ja bym jedynkę wpisał, ale bym na nią patrzył przez palce przy ustalaniu oceny końcowej, albo nawet w ogóle nie wziął jej pod uwagę, tylko ocenę z II terminu w przyszłym tygodniu. Kiedy widzę że uczeń ratuje tyłek co mu się pali z innego przedmiotu to elastycznie podchodzę do wymogów z własnego. 

Uczciwym stawianiem sprawy można u mnie bardzo wiele rzeczy wynegocjować, a zwłaszcza zachować dobry wizerunek. A jak mam do czynienia z kimś kto próbuje coś ode mnie wycyganić hucpą, oszustwem czy kłamstwem, to budzi to we mnie odruch dystansowania się od takiej osoby. Nie widzę sensu ani powodu negocjowania z kimś kto jest niewiarygodny i mnie nie szanuje, z taką osobą, jak to się w wojsku mawiało: "jedziemy regulaminowo a nie falowo". Dostaje dokładnie to co przewiduje system oceniania, sztywno według jego reguł i nic ponad to. A jak system gdzieś akurat nie najlepiej przystaje do życia? Trudno, tym gorzej dla życia - procedura rzecz święta.

Choć tego nie ukrywam i wprost dokładnie o tym uczniom mówię, zadziwiające jest jak niewielu zwraca w ogóle na to uwagę i próbuje układać sobie relację ze mną według tego klucza. Przytłaczająca większość ma gdzieś swoją wiarygodność, swoją twarz, swój wizerunek - liczy się tylko doraźny efekt w postaci oceny, wyłgania się, jakiegoś małego, marnego, pożal się Boże, "zysku". Reszta nie jest dla nich ważna. Obrzydliwe to.

__________________________________________
[1] Do banku znaczy. Choć z uwagi na ilość rzeczonej mamony bardziej by pasowało określenie: sadzawka bądź kałuża.

[2] Bom ja przecież po fafnastu latach pracy ciemnym jak tytuń w narożniku i czema krzyżykamy się podpisujem, a wypełniania dziennika nijakżem nieświadom i latami tkwiłem w mylnem błędzie, że dziennik służy do bicia dzieci po głowie, a tu roztwarto przede mną na łoścież nowe i nieznane zastosowania tego artefaktu.

[3] Oczywiście z poprawy nic nie wyszło, bo oznajmili, że byli tak przepracowani innymi zaliczeniami, że nie przygotowali się i nie ma sensu, żeby dziś pisali. Za to w przyszłym tygodniu - i owszem, wtedy mogą...

[4] Nigdy w życiu nie miałem czerwonych spodni :-(

[5] Nie do twarzy mi w błękitnym, ale spodnie są od niej dość daleko by nie rzutowało, a na tyłku kolor obojętny.

[6] Zgaszona żółć jajeczna, więc może (?!) nie wyglądałbym w nich jak klaun August przebrany za przedpokój (to taki ukłon w stronę mojej ulubionej książeczki z dzieciństwa "Borek, Topek i Aza" Zbigniewa Lengrena).

[7] Te są dość bezpieczne, bo nie bardzo mam pomysł co do nich założyć.

[8] Tu byłoby niebezpieczeństwo, że powtórzy się sytuacja z granatowymi chinosami FF, w których nie chodzę, bo wyglądam w nich jak motorniczy tramwaju (z całym szacunkiem dla tej zacnej profesji, ale nie są dla mnie inspiracją ani wzorcem modowym, przynajmniej w umundurowaniu stołecznym).

[9] Co zważywszy na jego notoryczny brak pracy na lekcji i tak jest wielką wspaniałomyślnością z mojej strony.

środa, 13 czerwca 2012

Superball

Poranna wyprawa na indywidualne odbyła się w strugach ulewnego deszczu. Odkrycie uszkodzenia parasola nie zostało przyjęte z radością. Małą rekompensatą było jasne słońce kiedy wyszedłem w końcu ze szkółki - przynajmniej troszkę ładniej się zrobiło. Odczuwam wielką ulgę, że powrót do tych indywidualnych peregrynacji dopiero za 2,5 miesiąca. Choć jak sobie pomyślę, że mam tak jeździć jeszcze co najmniej 2 lata, to... "Prozac, poproszę. Najlepiej dawkę wielkości piłki golfowej. Albo dwie."

Po uczniach widać już zmęczenie. Moje diablęta mają nawał sprawdzianów i kartkówek. Może powstrzymam się od snucia spekulacji na temat stanu umysłu niektórych, ale jeszcze parę tygodni temu terminarz mojej klasy świecił pustkami. Zamiast się ogarnąć i wtedy im zrobić część prac, kiedy byli luźniejsi, to gronko się teraz przebudziło i ich bombarduje. Koleżanka Borgin zaś idzie wyraźnie na rekord, wpisując test na 8. lekcji w przeddzień ostatecznego terminu wystawienia ocen rocznych. 

Zdechlak i Rzep znowu spędzili długą przerwę u mnie (wczoraj Zdechlak ułożył się do snu na ławce tuż przed moim biurkiem i przespał smacznie całą przerwę). Kiedy zabrzmiał dzwonek prosili mnie, czy nie mogliby tu zostać i na lekcji, bo u mnie jest fajnie, a na lekcji nieciekawie. Niestety musiałem ich wygnać - muszę zachowywać pozory solidarności i  nauczycielskiej współpracy.

Sferyczny demonstrował swój najnowszy numer: Superballa. "Pan patrzy, jestem Superballem! Ja się będę toczył!" Po mojemu jeden obrót to jeszcze nie toczenie, tym bardziej że dla mnie był ewidentnym fikołkiem. Jednak Sferyczny był bardzo dumny z siebie i swojego popisu. Taaak... to liceum, prawda?

poniedziałek, 11 czerwca 2012

Cisi i spokojni Krzyżacy

Powrót do pracy po długim "bożocielnym" weekendzie jakoś bez entuzjazmu. Raczej wręcz z niechęcią pewną i tęsknotą za końcem zajęć. Trochę to głupie i absurdalne, zważywszy na to, że koniec roku będzie dla innych początkiem laby, a dla mnie tylko drobną zmianą anturażu, bo siedzę na rekrutacji. A więc w pracy jeszcze 5 tygodni. Absurdalne także dlatego, że urlop będzie jak zwykle torturą - nie mam co z sobą zrobić i mnie nosi. Sam na sam ze swoimi demonami - nie w kij dmuchał; nawet bracia Winchester mogliby nie dać rady. ;-) Obawiam się, że modelarstwo nie wystarczy, żeby  mnie zająć przez te 6 tygodni wakacji [1].

A mimo to chciałbym, aby lekcje się już skończyły. Zmęczyła mnie jałowość i bezowocność tej pracy. Jeszcze dziś oddałem sprawdziany humanie. Materdeja! Jakie głupoty popisali... jaki bełkot, jakby się upalili czymś... dyrdymały rozpaczliwe. I nieuctwo do tego, bo większości nie chciało się nawet nauczyć podstaw, a zakres materiału był specjalnie bardzo mały. 

  • "Turcy Rosmańscy",[2] 
  • "Dynastia Jagiellonów zaczęła się od 1386, kiedy Jagiełło i Jadwiga złączyli się."
  • "W 1392 r. Jagiełło zawarł umowę z bratem Klejstutem."
  • "W polityce dynastycznej Jagiellonowie walczyli o tron czeski, węgierski i litewski."
  • O wojnach polsko-krzyżackich w XV w.: "Krzyżacy żyli cicho i spokojnie nie wadząc nikomu."

Jak się czyta takie i podobne cuda, to odechciewa się wszystkiego. Jakbym w ogóle lekcji nie przeprowadził.

Do tego jeszcze Trocki podżerający na pierwszej ławce i bezczelnie śmiejący mi się w twarz. A co ja mogę mu zrobić? Mogę mu skoczyć - ładownica pusta. Jedynkę postawić? I tak oceny rocznej mu to już nie zmieni. Ocenę zachowania obniżyć? A kogo ona obchodzi? Za drzwi wyrzucić? Nie wolno. Do dyrektorki na dywanik wysłać? Bardzo źle widziane - nauczyciel ma sobie sam radzić. Jeśli wysyła ucznia do dyrektora to nauczycielem złym i niekompetentym jest. Jak opieprzy odpowiednio szczeniaka - zrobi się awantura i odpowie za znieważenie ucznia oraz za niewydolność wychowawczą i brak profesjonalizmu.
Napisałem do matki - obiecała porozmawiać. Zobaczymy co to da.

_______________________________________
[1] Owszem - 6 tygodni, a nie jak to ludzie powszechnie klepią - 2 miesiące.

[2] Pewnie sieć drogerii Rossmann to ich dzieło. W końcu w Dojczlandii pełno Turków siedzi - ani chybi ci sami.

środa, 6 czerwca 2012

Dr Juggernaut of Cambridge

Młodzież wychodzi ze szkoły na boisko. Wuefistka wolnym, spacerowym krokiem oddaliła się może na kilkanaście metrów od drzwi, kiedy z lezącej za nią kolumno-gromady rozległ się dramatyczny krzyk:
"Pani tak nie leci!".

* * *

Na godzinie wychowawczej Trocki założył kask motocyklowy i badał na sobie uderzenia kolegów (w ten kask oczywiście). Przywiódł mi na myśl Juggernauta z X-Menów. Niestety, nie czuję się profesorem Xavierem. Co gorsza nie jestem nim. A mam ich wychowywać. Paradne.

* * * 

Wpadła z odwiedzinami absolwentka sprzed kilku lat. Pogadaliśmy sobie miło - jak zwykle kiedy się widzimy. O tyle jest to zabawne, że ja jej nie uczyłem (tylko jej siostrę), za to kolega Latający Kolejarz, który ją uczył, dowiedział się dziś ode mnie, że była właśnie jego uczennicą. 
Miło usłyszeć jak się dziewczynie układa. Zjeździła już naukowo kawał świata, szykuje się do doktoratu na Cambridge. Kurczę... jeszcze kilka lat temu mieliśmy takich uczniów, a teraz... Cóż, w rankingu zamiatamy brzuchem po lotnisku.
Jak rozmawiam z absolwentami, którzy robią takie kariery, mam pewne poczucie żalu i jakiejś zazdrości. Nie tego, że studiują za granicą, robią doktoraty itp., zupełnie nie! Lecz tego, że mieli w sobie dość śmiałości, siły, energii, bądź przebojowości by podjąć takie wyzwanie. Zazdroszczę im tych cech, na których mi nigdy nie zbywało. Lękowe wychowanie udało się moim rodzicom wybornie. Powinni za to medal mistrzowski dostać.

wtorek, 5 czerwca 2012

Belfrów krążących rozmowy

Koleżanka Szepcząca znowu przypunktowała dopytując się dlaczego jej dzieciom robię czwarty sprawdzian, kiedy tylko trzy wolno [1]. Oświeciłem ją, że kiedy wpisywałem swój, innych nie było i pretensje niech ma do tamtych nauczycieli bo ja tego pilnuję skrupulatnie (co nieoczekiwanie potwierdziła skwapliwie obecna przy tym koleżanka Esta-Esta!). Poza tym zwróciłem uwagę koleżance, że jeden z tych sprawdzianów ma przecież wyraźną adnotację "przełożony na prośbę klasy" więc zgodnie z przepisami nie liczy się do limitu [2]. Grzeczny i uprzejmy byłem. A przecież czy to tak trudno najpierw przeczytać uważnie i pomyśleć, a dopiero potem lecieć po wyjaśnienia na pograniczu pretensji i oskarżenia? 

* * *

Sferycznemu weekendu nie starczyło na zaakceptowanie piątkowej jedynki - bulgocze nadal. Zaczynam się zastanawiać co on ma w głowie. Wprawdzie ojciec jego rodzony swego czasu zdiagnozował jej zawartość nader dosadnie, o czym Sferyczny nie omieszkał mi się pochwalić, ale mnie tak nie wypada.
Sferyczny i tak uczynił postęp, bo zaopatrzył się w zeszyt [3]. Wolfi wnioskuje z większym oporem i trudnościami - jeszcze nie wpadł na to, że ma mieć zeszyt. Ponieważ nie pamiętał również, że z nieprzygotowania wyprzytykał się dwa miesiące temu, to skończyło się kolejną jedynką. Ciekawe czy w końcu zaskoczy.
Klasa za to zaznaje nowego trybu prowadzenia lekcji i energiczniejszego operowania kijem (nie za dużym) i marchewką (okazalszą). Nie umieli docenić mego interesującego wykładu i barwnej rozmowy nauczającej, to mają pracę w grupach, a na deser sprawdzian z tych zagadnień. Ostrzegałem, mogli posłuchać. Nie, to nie.

* * *

Żeby nie było że same frontowe smuty, to poznałem Sansenoia. Bardzo sympatyczny chłopak. Odbyliśmy przyjemny długi spacer; na Starówce przechodziliśmy zaułkami w których - wstyd się przyznać - chyba nigdy w życiu nie byłem, bardzo fajne miejsca. Miło się rozmawiało, a jego opowieści o tym jak rzekomo zanudzał, to krygowanie się tylko.
Pilnie obserwowałem ciekaw czy nie włącza mu się jego opisywana przezeń "randkowa blondynka", ale nie zauważyłem [4]. Przyznam, że myślałem czy nie wziąć ze sobą mlecznych bułeczek, ale pomyślałem, że uznałby to za sabotaż swoich siłowniowych wysiłków rzeźbiarskich, więc wolałem nie ryzykować. :-P
__________________________________________
[1] Ciekawe swoją drogą, że aktywuje się w przeddzień tegoż sprawdzianu...

[2] Widziały gały gdzie przekładały.

[3] Chyba w trybie wielce awaryjnym, bo pośpiesznie przerobiony z matematyki, ale dobre i to. Żeby utrudnić ponowną konwersję wsteczną, pięknie mu go podpisałem.

[4] Pewnie dlatego, że to randka nie była. :-D 

sobota, 2 czerwca 2012

O uczniowskim staraniu i niedobrym panu


Lekcja. Praca z podręcznikiem[1]. Mają zadania do opracowania. Jeśli zrobią to jak należy, uzyskają obraz podstaw pewnego procesu historycznego, do którego będziemy się odwoływali jeszcze nieraz. A więc ważne. 

Bambini jakoś tam się pogrupowały (bo oni też się przecież nie będą nadmiernie fatygować noszeniem podręcznika), coś tam skrobią, niektórzy wyraźnie się obijają. Roboty jest dość na cała lekcję, a ci - jak na fajrancie.

Poprosiłem o zeszyty z pracą wyznaczone osoby (1/4 klasy). Dostaję 3 zeszyty i trzy luźne kartki, jedna schludna i starannie wyrwana z zeszytu i dwie wyszarpane na kształt jakiegoś farfocla. Bo zeszytu zapomnieli. OK, żeby nie było że się nad przyszłością narodu znęcam, wziąłem. Zeszyty dopadnę po niedzieli, oczywiście teoretycznie, bo zauważyłem, że tych dwóch dżentelmenów posiadanie zeszytu uważa za niezobowiązującą sugestię, a nie wymóg bezwzględny.

Wiekszość dostała oceny pozytywne, "czterydodać" nawet jeden dostał, za to dwóch obiboków od farfocli przybańczyło. Ta jawna a dotkliwa niesprawiedliwość kazała im pośpieszyć ze skargą.

"Proszę pana! Dlaczego dostaliśmy jedynki?!"

"To fragmentaryczne ogólniki, albo ogólnikowe fragmenty. Nędza. Poza tym, z drugiego zadania w ogóle nie zrobiliście ważniejszej połowy."

Wolfi ma dość rozsądku, żeby zamilknąć, ale Sferyczny nie może się pogodzić z tym, że taki wspaniały plan spławienia belfra ochłapem nie powiódł się.

"No i co z tego? Nie można postawić jedynki jak uczeń się stara!"

"Tam-Nie-Było-Żadnego-Starania się. Tam była tylko zrzyna na odwal się. Żegnam." [2]

Cnota ukrzywdzona fochnęła i poszła.
_____________________________________________
[1] BTW pokemony koleżanki Hebanowej nadały nowe pojęcie tej metodzie pracy. U nich to jest faktycznie praca z podręcznikiem - jednym na całą klasę, bo reszta ma to w dupie i nie przyniosła.

[2] Pokazałem ich prace koledze Latającemu Kolejarzowi. Tylko parsknął: "Przecież tu nic nie ma!"

piątek, 1 czerwca 2012

Branie odpowiedzialności i stawianie granic

Z okazji Dnia Dziecka kazanie do klasy. Albo diablęta weneckie się ogarną, albo sobie sprawią nowego wychowawcę.
Choć pewnie sobie nie sprawią, bo zaczyna się we mnie umacniać poczucie, że za dużo w tym wszystkim mojej winy, żebym tak po prostu zrzekł się wychowawstwa. Ostatecznie jestem wychowawcą, pedagogiem, nauczycielem itp. i ode mnie powinno się więcej wymagać w procesie układania relacji między nauczycielem i klasą. Pewnie gdybym inaczej coś-gdzieś-kiedyś zrobił, inaczej by się ta relacja ułożyła, być może lepiej. Zapewne kiedyś powinienem ten pociąg skierować na inny tor. Cóż, odkrycie post (multum) factum. Więc trudno, chyba będę się z tą moją hałastrą dalej użerał. Jak mawia kolega Latający Kolejarz - usque ad mortem defecatam.

Mam świadomość, że w tej decyzji pobrzmiewa gdzieś tam szyderczo tryumfujący tenor mojego perfekcjonizmu, ale chyba decydujące jest poczucie, że rezygnacja z wychowawstwa byłaby jednak jakoś nie w porządku. Relację dwustronną zawsze budują dwie strony.
Możliwe, że te dwa lata do ich matury będą mnie kosztowały z 10 lat życia mniej, ale trudno. Jak się powiedziało A, to trzeba powiedzieć B i C. Nie chciałbym, żeby ktoś mógł o mnie uczciwie powiedzieć, że spieprzył i spieprzył.

Za to mam niewątpliwą nauczkę na przyszłość - za Chiny nie brać wychowawstwa. Nie nadaję się do tego. Moja siła leży w sferze intelektualnej, a nie emocjonalnej - nie chcę narzucać innym swojej osobowości, nie lubię siebie eksponować[1]. Nie bawi mnie wyraźne wytyczanie twardych granic swojej przestrzeni - kojarzy mi się to bardzo źle. Odczuwam niechęć wobec wznoszenia sobie zamku z wielką flagą na wieży "Jam tu!". Enneagramowa (z poprzedniego postu) etykietka "Włóczęga" jest trafna i w gruncie rzeczy celnie nazywająca mój stosunek do zajmowania przez ludzi swojego miejsca w przestrzeni. 
_____________________________________________
[1] W podstawówce za swój sukces i bardzo wygodną pozycję uznawałem ~4 lokatę w klasie pod względem średniej: dość, żeby być zadowolonym z wyników i nawet na czerwony pasek się łapać, a jednocześnie dość daleko od pierwszego miejsca, by uniknąć eksponowania.

piątek, 25 maja 2012

Samoocena

Siostrunia od półtora roku traci pracę. Znaczy, mniej więcej wtedy oznajmiła przygnębiona, że za pół roku ją straci, bo się firma restrukturyzuje i likwidują jej dział. Firma szuka oszczędności, tnie koszty, zwalnia pracowników. Minął miesiąc, który miał być ostatnim jej pracy, minął kolejny i następny i jeszcze następny... 
Od dawna słyszałem, jaka to jest beznadziejna w pracy, jak to się myli, jak to wszystko strasznie trudno jej ogarnąć, jaka to jest beznadziejna (powtórzenie konieczne, raz nie oddawałby stopnia jej beznadziejności), że jest ślepa i nie widzi, zapomina, za stara, zapomina (no właśnie, sami widzicie jak zapomina), na pewno ma Alzheimera, początki albo zaawansowane stadium (zależnie od nastroju).

Jak pracowała na próbnym, to było przecież jasne, że nigdy jej nie przyjmą po zakończeniu próbnego. Jak jej zaoferowali umowę o pracę, to było że przecież nie wiadomo na jak długo, to znaczy wiadomo, że na krótko a w ogóle to i tak ją zaraz pewnie wyrzucą, bo przecież ona się do niczego nie nadaje i nic z tego co ma robić - nie rozumie.  Jak ją zwolnią to przecież nie znajdzie nowej pracy, bo jest za stara i nikt jej nie będzie chciał, nie będzie miała z czego żyć etc.

Dziś sobie gadamy, ustalamy strategię najazdu z okazji dnia Matki. Zagaduję o robotę. I cóż się okazuje? Otóż, istotnie, firma zamyka wreszcie jej dział i po fuzji otwiera zupełnie nową strukturę zajmującą się tym segmentem działalności. Zespół osobowy zostanie zbudowany od podstaw, częściowo w oparciu o dotychczasowy personel, a częściowo w oparciu o nowych pracowników. I okazało się, że zaproponowali Siostruni tam pracę. Pytam na jakim stanowisku. Takim a takim. Nie znam się, ale kojarzę że inne niż do tej pory i intuicyjnie obstawiam, że chyba bardziej odpowiedzialne. Pytam czy to nie jest raczej awans. Siostrunia półgębkiem przyznała, że "no... właściwie... to można tak powiedzieć"!

I dawaj zaraz w jęk, że na pewno nie zaproponują jej umowy o pracę, tylko okres próbny i że znowu będzie "zaczynać od zera" itd. Trochę mi zeszło na oświecaniu jej, że powinna być zadowolona z propozycji angażu. Że gdyby była rzeczywiście tak beznadziejna to by jej nie proponowali pracy w nowej strukturze. Że gdyby faktycznie tak kiepsko sobie radziła, to by jej nie proponowali zupełnie nowego stanowiska i nowego, trudniejszego zakresu obowiązków itd. itp.

Biedna ta moja Siostrunia - najpierw tatuś, a potem ślubne, pożal się Boże, szczęście wbijali jej w głowę, że jest beznadziejna i do niczego się nie nadaje. A kiedy uwolniła się od jednego i drugiego, to i studia skończyła - jedne, drugie, i pracę znalazła, i jak widać dla przełożonych jest całkiem wartościowym pracownikiem, mimo wieku over fifty, czyli  niezbyt atrakcyjnego na dzisiejszym rynku pracy. Tylko tak ciężko sprawić, żeby jeszcze sama w to uwierzyła...

* * *

Bambini potrafią być rozbrajające. Idę korytarzem, w ręce niosę dużą reklamówkę z logo znanej cukierni (jednak aktualna zawartość całkowicie niejadalna). Mijam moje diablęta weneckie siedzące i leżące pod salą i przystanąłem na moment, ci na mój widok - zaczynają mi radośnie machać. Podchodzę bliżej. Promiennie uśmiechnięty Wolfi, wpatrzony w reklamówkę, uprzejmie rzeczowym tonem:
- Ma pan tam coś do zjedzenia?

czwartek, 26 kwietnia 2012

Smreczki-skurwiesyny

I po zebraniu. Połowa rodziców się pofatygowała. Pani Mikołajowa wtarabaniła się na moje zebranie i dała spicz w swoim stylu. Nie wiedziałem, że można tak do rodziców mówić. Niektórzy z nich też nie wiedzieli.

Kiedy skończyły się lekcje nagle poczułem rześkość. Mimo perspektywy rady i zebrania czułem się jak po przekroczeniu granicy, za którą już w bliskiej perspektywie leży odpoczynek. Oddałem wszystkie prace. Jutro tylko parę skróconych lekcji i dispacz maturalsów. Wreszcie będzie można trochę zwolnić.

Zebranie minęło spokojnie, tylko na deser szykowany był siurpryz, który mi zwarzył humor. Odkryłem, że ktoś (z dobrego serca i czystej życzliwości, rzecz jasna) postanowił zakrzątnąć się w moim dzienniku i wyręczyć w mnie w usprawiedliwieniach. No i mamy smród.

A tak się durny cieszyłem, że już z górki. A przecież takie górki to zwykle smreczkami porośnięte, spod ziemi, jak skurwiesyny wyskakującymi.

Porozmawiałem z mamą T. i już wiem o co chodzi. Niestety, przy takiej konstelacji mam przechlapane i Trocki będzie u mnie szalał. W gruncie rzeczy całkiem prosta zależność.

środa, 25 kwietnia 2012

Dzidzia brzdąc

Ostoja nie pojawiła się dziś w szkole. Obstawiam, że pójdzie na zwolnienie, dla zademonstrowania jak cierpi wskutek ostatnich prześladowań. Być może fundnie sobie urlop dla poratowania zdrowia zszarganego nieustannym doświadczaniem terroru - stawiałbym na dwa miesiące, do zakończenia zajęć. Z dramaturgicznego i taktycznego punktu widzenia byłoby to posunięcie dość oczywiste. W tym czasie mogłaby spokojnie pisać kolejne skargi, a o tym co się dzieje w szkole i tak jej z detalami opowiedzą pozostali na froncie członkowie klubu im. Turkucia Podjadka. W międzyczasie rozstrzynięty zostanie konkurs na dyrektora szkoły, co znacząco rozjaśni pole bitwy.

Ciekawa rozmowa z Trockim. Szaleje na moich lekcjach, bo jak twierdzi, są one po lekcjach na których musi dużo pisać i nie może rozładować emocji, bo pisanie jest "takie, no wie pan! Na matematyce się... tego... no... wie pan... myśli, a tam tylko pisać i pisać trzeba."
Coś mi to ściemą zalatuje, bo jakoś te jego tłumaczenia kupy się nie trzymają. Wygląda mi na to, że raczej zrobił sobie sport z testowania gdzie są moje granice eksplozji. Chyba jestem typem, którego jeszcze nie spotkał, przynajmniej na gruncie szkolnym i wyraźnie jest zaintrygowany. Procedury badawcze ma na poziomie zaawansowania małpiatki - poskakać z wrzaskiem przed nosem, pociągnąć za futro, rzucić patykiem i wypatrywać reakcji. Konfiskata fona była wyraźnie reakcją jakiej się nie spodziewał. Jego zaś reakcja była stosowna, tzn. nadął się i oznajmił że się nie będzie odzywał.  Tyle tylko, że był to typowy foch dziecka, zaskoczonego nieoczekiwaną dlań reakcją. Po chwili rozmawiał już swobodnie.
Za dwa lata będzie mógł głosować. Łojzicku...

poniedziałek, 23 kwietnia 2012

Traktorek na torze

Odkryłem znaczącą zaletę poniedziałku. Albo jego plus, względnie - dobrą stronę. Mniejsza z tym - coś co daje mściwą satysfakcję podłemu belfrowi [1].
Otóż bachory mają się równie kiepsko na starcie tygodnia jak my. Co ciekawe, w poprzednich rocznikach tego nie zauważyłem. Ten jest najwyraźniej pierwszy który tak ma. Nie wiem czemu tak jest, ale chyba szukałbym przyczyny w ewolucji gimnazjum, które w coraz mniejszym stopniu uczy młodzież uczenia się i funkcjonowania w warunkach jakiegoś rygoru obowiązku. Wcześniejsze roczniki (tzn. już choćby obecne klasy drugie!) w miarę ogarniają się z kopyta w poniedziałek z rana, a te małolaty dopiero we wtorek (niektóre dopiero po południu...).

Belfer, nawet jeśli mściwie usatysfakcjonowany, to sam wypompowany. Część śpi, część gada, część pajacuje, reszta... buehehe! myśleliście że napiszę "pracuje"? Cóż za naiwność, doprawdy. Otóż nie - reszta ma lekcję także w dupie, tyle że na różne inne sposoby. 

Nie wiem jak mam ich zmusić do pracy, czy choćby do zainteresowania. Są zdemoralizowani systemem polskiej edukacji. Wiedzą, że nie mogę nastrzelać jedynek, bo to ja będe miał większy kłopot niż oni. Wiedzą, z tą niezachwianą pewnością aroganckiego nastolatka, że historia do niczego im się w życiu nie przyda, na maturze jej zdawać nie będą, więc nie widzą najmniejszego powodu żeby jej się uczyć, czy w jakikolwiek sposób przy niej pracować ponad absolutnie nieodzowne minimum. Praca na lekcji na to minimum się nie łapie.

Ja sam nie daję już rady. Uczę bandę leni michałka [2] i nie wiem jak wyjść z tej kwadratury koła. Ci, którzy gardłują o podniesieniu pensum nie mają pojęcia o czym bredzą. Wysiłek, jaki musiałbym włożyć w odpowiednie zagonienie pierwszaków do pracy, wymagałby raczej obniżenia mi pensum, bo inaczej bym się zajechał. Moje wykształcenie nie dało mi instrumentów do operowania takiego pacjenta. Doświadczenie rozkłada bezradnie ręce. Nie besser jest.

W niektórych klasach jedna lekcja jest dla mnie takim wydatkiem energetycznym jak 4-5 lekcji w innej klasie (w tej samej szkole). Kelda sobie takie klasy chwali, bo jest jak mała samobieżna elektrownia jądrowa i swoimi turbinkami mogłaby zasilić w energię uprzemysłowiony kontynent. Ale ja jestem przy niej raczej wolnoobrotowy traktorek i wrzucony na tor Formuły 1 odczuwam dziwny niepokój [3].

Trocki dzisiaj wyzbył się fona. Swoim pajacowaniem dojechał do granicy, a właściwie pojechał za granicę. Pierwszy raz w "karierze" kazałem uczniowi oddać komórkę, potem zwrócę ją rodzicom. Mam nadzieję, że przyjdzie mama - bardzo konkretna kobieta. Trocki nie mógł w to uwierzyć. Odstawił takie przedstawienie, że Julian XIII by się ucieszył z odkrycia bliźniaka. Jeśli potraficie sobie wyobrazić króla Juliana, któremu zabrano koronę, to widzicie Trockiego bez fona.

_________________________________________
[1] Eee... a może belfru? z francuska brzmi, więcej światowo tak. Może powinienem wzorować się na koleżance Tubero di Monte Calvaria, znanej z wytwornej artykulacji "faux pas" jako: fał pa ?

[2] Niestety tak, historia została zdegradowana do rangi michałka. I dzieje się tak w całym przekroju systemu, aż po studia wyższe. Owszem, wyższe studia również, bo żeby się dostać na 2-letnią magisterską historię na Jagiellonce trzeba mieć licencjat z dowolnego kierunku.

[3] Choć pewnie gdyby to przeczytali moi pierwsi uczniowie, z czasów kiedy zaczynałem pracę, to by parsknęli śmiechem. Od szybkości mówienia ochrzcili mnie "Teleekspres".

poniedziałek, 16 kwietnia 2012

Gałgan turecki

Nuda, plucha, paskudnie. Słońca nie ma, humoru nie ma. Chociaż może nie - przesadziłem, humor jak na mnie nienajgorszy. W pracy znośnie. Jak zwykle kilku pajacowało jak z rozumu obranych.

Trocki zachowywał się jakby odchodził od zmysłów z lęku, że ktoś mógłby zapomnieć o jego istnieniu, w związku z tym co mniej więcej 3-4 minuty odstawiał kolejny numer performansu pt. Patrzcie na mnie - jestem głupkiem!

Turek był zdegustowany, że przeszkadzam mu w spaniu i pieszczeniu szyi sąsiadki, więc postanowił zademonstrować swój sprzeciw wobec opresyjnej rzeczywistości. Skorzystał z okazji, że podszedłem do drzwi przepędzić komunikatorki [1], i usiadł sobie na podłodze, opierając się plecami o bok biurka, głowę malowniczo udrapował w szal i czekał. Moje parsknięcie i rechot klasy chyba były nie do końca oczekiwaną reakcją, bo poczłapał z powrotem na miejsce. Gałgan wie, że go lubię i jednak na zbyt wiele sobie pozwala. Trzeba będzie odprawić dywanik. Dla jego dobra, oczywiście. Znaczy - Turka, nie dywanika.

Human-tuman wyraził zainteresowanie dokładnym zakresem sprawdzianu. Wzruszyłem się. Mało tego! Okazało się, że chcą nawet powtórzenia; oczywiście po swojemu rozumianego, to znaczy że ja mam jeszcze raz opowiedzieć o tym, o czym już kiedyś mówiłem. Dobra, wspaniałomyślny jestem, machnąłem ręką na nowy temat i zrobiłem powtórzenie. Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że choć sprawdzian był zapowiedziany 2 tygodnie temu, to planują wziąć się do nauki dopiero dzisiaj. Ciekawym bardzo co napiszą na tej klasówce[2].
Aha, sprawdzian jest jutro.

Podziurawiony rozbroił mnie pytaniem: "Panie profesorze, a nie wie pan kto ma teraz dyżur na tym piętrze?" Odparłem "Ja."
P.: "A na II piętrze?"
Ja: "Señor Infor."
P.: "Oj..." i zawiedziony odszedł, niemal powłócząc nogami.
Ciężki jest los ucznia, który chce sobie zapalić, a dyżurujący belfer go z klozetu pędzi.

___________________________________________
[1] Specyficzna szkolna forma życia. Zwykle płci żeńskiej, rzadziej mieszanej. Występująca wyłącznie w czasie lekcji. Materializująca się zaklęciem: "ńdobryczymożemyprzeszkodzićchciałyśmycośogłosić"[3]. Przekazująca komunikaty owiane mgłą tajemnicy, gdyż z wygłaszanej treści można by sądzić, że to jakieś bzdety, ale fakt, że komunikatorek zwykle jest sztuk co najmniej dwie, wskazuje na wielką wagę komunikatu, niemożliwą do udźwignięcia przez jedną osobę.

[2] Nie wspominam o skomleniu i delegacjach o przełożenie na "za tydzień", bo human, w odróżnieniu od innych profili, jeszcze się nie nauczył, że (u mnie) przekładanie sprawdzianów zdarza się podobnie często jak podwyżka pensji.

piątek, 13 kwietnia 2012

Piątek trzynastego

Piątek trzynastego! Cóż za wyborna okazja by dać upust swym podłym a mrocznym skłonnościom i w pełni wykorzystać potencjał dnia. Kilka moich dzisiejszych klas pisało prace. Zapowiedziane prace, bo w tym oceanie mroku jakim jest moja dusza, muszę zachowywać pozory w postaci światełka dobra[1].

Lesery-informery podeszły z nonszalancją weteranów - poleciłem przynieść podręczniki (po 1 na ławkę), bo będą potrzebne do wykonania zaplanowanej pracy w grupkach. Podręcznik był rzeczywiście jeden na ławkę. Ławka z podręcznikiem też była jedna. Reszta miała to prawie w dupie. Prawie - bo parę osób wyjechało do mnie z pretensją, że w podręcznikach ćwiczebnych, które wydałem z zasobów pracowni [2] nie ma odpowiedzi! Wzruszyłem się nadzwyczajnie, jak to moje pracowite pszczółki przejmują się jednak nauką historii. No, oczy omal mi łzawą mgłą nie zaszły. Kilka osób pracowało pilnie i zapełniło arkusze, ale większość oddała je mało lub w ogóle pismem nie pobrudzone. Moje czyścioszki!

Moje diablęta weneckie pisały po raz pierwszy od ostatniej wpadki z durnym przepisywaniem na żywca z komórek (za którą dostali opieprz), więc można powiedzieć, że dzisiejsza praca miała charakter jakiegoś testu. Zaczęła się od błyskotliwego manewru Misia Uroczego, który siedząc w środkowym rzędzie, zwisł z ławki i czerpał natchnienie z podręcznika w otwartej torbie leżącej w przejściu między ławkami. Był przy tym tak wybornie zamaskowany, że dla ujrzenia go w całej okazałości musiałem dokonać niezwykle trudnego, rzadkiego  i oczywiście niespotykanego manewru odchylenia się na krześle o jakieś 20 cm w prawo. Okazał się przy tym człowiekiem tak wielkiej wiary (w siebie), że nie przerwał lektury nawet wtedy, kiedy szedłem już w jego stronę ku uciesze klasy. Co ciekawe, klasa szybko zamilkła kiedy zobaczyła że zabieram mu pracę i stawiam jedynkę za jej niesamodzielność. Od tego czasu była absolutna cisza - można było oddechy słyszeć.

Kolejna ekipa pisała zapowiedzianą wcześniej kartkówkę z malutkiej porcji materiału - z dwóch lekcji ledwie więc mogłem nawet jej nie zapowiadać, ale chciałem przeczytać coś sensownego a nie tylko "imię, nazwisko, klasa, data". Oczywiście Zdechlak i Rzep już wczoraj kręcili się jak w ukropie, żeby wycyganić odwołanie lub chociaż przełożenie dzisiejszej pracy, a i nawet na początku lekcji rozległ się humanistyczny skowyt "nie piiiiszmyyy dzisiaaaaaj! prooosiiiiimyyyy!!". Po mojej uprzejmej propozycji nawiązania bliższego kontaktu z przyrodą [3] zabrali się za skrobanie po papierze.

Najgorsze, niestety, w tym wszystkim jest to, że efekty tego trójklasowego  skrobania będę musiał jeszcze przeczytać i ocenić. Hélas!


__________________________________
[1] Nazwa pochodzi od "Dobra, nie rzutuje - niech  się pali!"

[2] Mało ich i innego wydawnictwa, więc nie do końca kompatybilne z zestawem zadań.

[3] "A spadajcie na drzewo!" [4]

[4] No dobra, nie powiedziałem tak, ale mniej więcej taka była istota komunikatu. :-)

środa, 11 kwietnia 2012

Rozkaz krótki i zwięzły

No i znowu w pracy. A w pracy jak w pracy. Sferyczny jak zwykle małpiego rozumu dostaje, sam już nie wiem, to chyba fuzja ADHD z syndromem dziecka niedozauważanego. Zastanawiam się czy rodzicom będzie bardzo nie na rękę jak uduszę smarkacza?
Trzeba widzieć minę ucznia kiedy mówię mu na poprawie: "Przy tym zadaniu nie potrzebujesz wiedzy historycznej; wystarczy że pomyślisz logicznie. Ustaw się na ich miejscu i pomyśl co byś zrobił." Panika i boleść - jak można być tak okrutnym i wymagać odeń myślenia.

Na długiej przerwie zebranie. Dziewczyna od Wszystkiego przekazuje informacje jak ma wyglądać dzień otwarty dla kandydatów do naszej szkółki. Dyrekcja w swoim stylu menedżerskim wydaje dyspozycje kto gdzie ma być. Wiadomo o tym było już przed świętami, była o tym mowa, a i tak okazuje się, że lista przydziałów rodzi się w bólach i niepewności dopiero na zebraniu. Należało przyjść i po prostu krótko a treściwie zakomunikować pracownikom co, który, gdzie ma robić i szlus. A nie odstawiać rozważania: "A to pani... eee... pani Kowalska może? Świetnie! Nie? No to może Wiśniewska by poszła? Pójdziesz Zosiu? Aha, czyli Kowalska, tak? Doskonale. Czyli idzie Malinowska. Że co? No przecież mówię że Kowalska, zawsze przecież mówiłam, że tylko Kowalska!".
A ja, jak zwykle, mam zapieprzać ponad normę. Bo rzecz jasna nikogo z St.Cow's Legion zaangażować do pracy nie można..

piątek, 30 marca 2012

O szczurze i dywaniku

Dziś był opeer. Spokojnie i grzecznie, ale dobitnie powiedziałem klasie co mi się nie podoba w ich zachowaniu. Było parę głasków dla pewnej równowagi, żeby nie było że tylko total pojazd po całości. Wskazałem jak sobie szkodzą takim a nie innym zachowaniem. Wyraziłem zadowolenie z dotychczasowej współpracy z ich rodzicami, oraz pewność, że nie odmówią mi pomocy jeśli bambini same się nie ogarną. 

Korzystnym zbiegiem okoliczności akurat oddawałem im sprawdzian, na którym kilku cymbałów spisało żywcem z komórek tekst, który sam pisałem. Cóż, mimo zapewne zaawansowanego alchajmera, jestem jeszcze w stanie bez większego trudu odróżnić tekst licealisty od swojego. A że wcześniej to sarkastycznie skomentowałem, więc wiedzieli że sprawa się rypła i raczej na wieńce laurowe nie mają co oczekiwać.

Cisza była jak makiem zasiał, oddech zdechłego szczura w kotłowni można było usłyszeć.

Po lekcji na dywanik trafił Sferyczny, z którym miałem już indywidualną rozmowę.

Ciekawe co z tego wszystkiego wynieśli i jak zareagują. Mam nadzieję, że co nieco do niektórych dotarło.
A ile i do kogo to wkrótce się okaże.