Pokazywanie postów oznaczonych etykietą takie tam różności. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą takie tam różności. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 17 czerwca 2012

Szarża - mit i rzeczywistość

Niezwykły filmik z 1970 roku przedstawiający szarżę francuskiej konnej gwardii republikańskiej. Warty obejrzenia, bo pokazuje jak naprawdę wyglądała szarża kawaleryjska.


Nasze wyobrażenia w tym zakresie są ukształtowane przez filmy fabularne. A to jak się w nich szarże pokazuje, to na ogół bzdura i dziadowska pseudoimitacja erzacu podróbki. Przede wszystkim nie pokazuje się szyków w których odbywała się szarża. 
Widz wyobraża sobie szarżę kawaleryjską [1] jako rozpędzony bezładny tabun, z przewodnikiem stada, pardon - dowódcą na czele. Rozpoczęcie szarży wygląda tak, że najpierw rusza dowódca do którego sukcesywnie dołączają kolejni jeźdźcy, starając się w miarę możliwości zbliżyć do śladów szefa. W efekcie jako tako równy front stojących jeźdźców zamienia się w wąski a wydłużony rój. W skrajnych przypadkach możemy zobaczyć atak np. husarii kolumną jak w "Ogniem i mieczem" Hoffmana. No, ale jeśli tam są skrzydła husarskie, to właściwie może być już wszystko, łącznie z KTO Rosomak i rycerstwem spod Grunwaldu.



Tymczasem najważniejsze w szarży kawaleryjskiej są impet i zwarty szyk, aby cała szarżująca jednostka weszła w przeciwnika jak jednolita masa obalająca i tratująca. Dlatego szarżująca jednostka jazdy większość dystansu pokonywała stępa i kłusem[2], bo im szybszy bieg koni tym trudniej utrzymać je w jednej linii - konie (tak jak ludzie) nie biegną z identyczną prędkością, lecz każdy wedle swych możliwości. A więc zbyt wczesne przyśpieszenie do galopu powodowało złamanie szyku i wyczerpanie koni, a przecież w bitwie nieraz zachodziła konieczność kolejnych szarż[3]. Zaś zbyt późne przyśpieszenie mogło spowodować, że przeciwnik miał zbyt wiele czasu na przeciwdzialanie (np. 2 salwy zamiast 1), a konie nie zdążyły nabrać odpowiedniego impetu. Dlatego dobrze wyszkolona szarżująca jednostka starała się podjechać kłusem do przeciwnika na niewielką odległość i przejść w galop i cwał na ostatnich 100-150 metrach.

Skuteczna (z uwagi na celność) donośność skałkowych karabinów gładkolufowych z XVIII i pierwszej ćwierci XIX w. wynosiła około 100 metrów. Koń wojskowy w nierównym terenie pokonywał 100 metrów orientacyjnie:
  • kłusem - w 25 sekund,
  • galopem - w 15 sekund
  • cwałem - w 8 sekund
Na oddanie drugiej salwy potrzeba było przy nieźle wyszkolonym żołnierzu jakieś 15-20 sekund. Oznaczało to, że przy kłusie szarżowana piechota może zdążyć oddać drugą salwę, szczególnie morderczą bo z minimalnej odległości, gdzie trudno chybić. Tylko cwał i galop dawały szansę przebycia strefy ognia piechoty narażając się na tylko jedną salwę. Z tego też względu piechota strzelała raz, starając się podpuścić jazdę na tyle blisko, żeby salwa była w miarę celna, ale na tyle daleko, żeby jazda wstrząśnięta ogniem miała czas i miejsce zawrócić. Zwykle było to jakieś 30-50 metrów. To oczywiście bardzo uogólnione rozważania.

A wracając jeszcze do drugiego filmiku z "Ogniem i mieczem" należy zauważyć, że w rzeczywistości szyk husarii był płytki i rozciągniety wszerz. Husaria dążyła do spłycenia swojego szyku przechodząc od trzech szeregów do dwóch [4]. Szarżująca chorągiew husarska bądź szwadron z epoki napoleońskiej czy naszej kongresowej/listopadowej liczył zaledwie dwa szeregi. Szarże kolumną były stosowane absolutnie wyjątkowo, kiedy teren nie pozwalał na szyki podstawowe (np. Somosierra bądź Dębe Wielkie). A pod Zbarażem miejsca było dosyć i żadnych nonsensów w postaci szarżującej marszową rozmemłaną kolumną ciężkiej jazdy nie było.
________________________________
[1] Bo szarża może być i piesza, o czym w Polsce mało kto wie.

[2] Chody konia od najwolniejszego do najszybszego to: stęp, kłus, galop i cwał.

[3] Na przykład w 1610 r. pod Kłuszynem niektóre chorągwie husarskie szarżowały po 8-9 razy w ciągu jednego dnia.

[4] Kiedy na zachodzie Europy w XVI wieku dominował szyk głęboki, w taktyce karakolu obejmujący do kilkunastu szeregów.

sobota, 16 czerwca 2012

Addio, mia bella addio!

Dziś będzie nietypowo. Od kilku dni chodzi za mną ta znaleziona na Youtube stara piemoncka piosenka patriotyczna sprzed przeszło 160 lat - z czasów Risorgimenta. Nie sposób nie przyznać, że Włosi jednak mają talent do dźwięcznych melodii (bo już tekst jest raczej banalny).  Na Youtube zresztą jest sporo innych jej wykonań. 
Przykre, że naszych piosenek z tamtych czasów jest jak na lekarstwo - większości w ogóle nie ma, a te co są to z reguły w jednym przedpotowym wykonaniu. Ale do pieprzenia o patriotyźmie przy byle okazji to jesteśmy pierwsi.





czwartek, 31 maja 2012

Cyganka, pardon - enneagram

Na  blogu kerama znalazłem link do testu Enneagram. Sam nie wiem czemu mnie to zainteresowało, bo z reguły kompletnie ignoruję takie "badania". A tu cholerawieskąd impuls jakiś i proszę: "Chodź pan szanowny, proszę daj rękę! Cyganka prawdę powie! Cyganka nie oszuka!" No i JJP polazł...

I co też mu wyszło?

A łototo:
Żem jest "4w5" [1]  :-o

Nie będę przytaczał całego opisu bo długachny. Chciałem zrazu zrobić wybór cytatów, ale wyszłoby na to że się kreuję i tnę niewygodne ustępy.[2]


Więc konkretnie mła, to niby żem jest taki:

Czwórka ze skrzydłem pieć: 4w5 - "Włóczęga"

Skrzydło 5, daje czwórce introwertyczne zachowanie, odsuwanie się od innych, złożoną osobowość. Ta czwórka może być intelektualistką ale posiada wyjątkową głębię uczuć. Jest otwarta na duchowe i estetycznie doznania. Znajduje wiele znaczeń dla prawie wszystkich zdarzeń. Może posiadać silną potrzebę i umiejętność aby realizować się artystycznie. Samotnik, wygląda tajemniczo i jest trudna do "rozszyfrowania". Do świata zewnętrznego podchodzi z rezerwą, ale wewnętrznie bardzo go przeżywa. Gdy się w końcu otwiera, to bardzo gwałtownie i całkowicie, bez żadnych oporów.
 W stresie, 4w5 bardzo łatwo popada w alienację i depresję. Wiele czwórek z tym skrzydłem ma odczucie zupełnej inności, jakby pochodziły z innej planety. Narzeka na swój obecny los, wspomina i przeżywa wiele razy zdarzenia z przeszłości. Dość często ma posępne oblicze, odsuwa się od innych z uczuciem zawiedzenia lub poczuciem wstydu. Żyje we własnym świecie bólu i straty. Może mieć bardzo chorą duszę, wyobrażać sobie i interesować się własną śmiercią.

Nie powiem... cwani są - sporo się zgadza. Choć niewielka część to zdecydowane pudła.
_____________________________________________
[1] Brzmi jak "niw5niw9"...

[2]   I wyszedłby ustęp.

poniedziałek, 28 maja 2012

Świadectwo z poślizgiem

Dla urozmaicenia typowej tematyki i oderwania od dołka znalezione w sieci pytanie dyrektora jakiejś szkoły. Ciekawe jak układać się mogą ludzkie losy.

"Czy można wydać świadectwo Pani, która w 1980 roku skończyła szkołę zasadniczą i nie dostarczyła wówczas protokołu czeladniczego i co oczywiste nie otrzymała świadectwa. Zdała egzamin czeladniczy w 2012 roku i chce świadectwo. Z jaką datą ewentualnie i na jakim druku i czy jest na to pp."

Padła odpowiedź, że oczywiście - świadectwo się należy, z datą obecną.

Cóż, jak widać da się pewne sprawy zakończyć nawet po wielu latach. :-)

sobota, 19 maja 2012

Nowe perspektywy wkręcania

Znów piątek i zbliża się koniec kolejnego tygodnia. Jakie odkrywcze, prawda? Miło, że choć słońce zaświeciło, bo ostatnich kilka dni było paskudnych - ziąb, ponuro, paskudnie. Ostatniej nocy wyciągnąłem koc i dzięki niemu mogłem kołdrę naciągnąć na głowę. Bo ja zmarźluch jestem.

Sprawiłem sobie nowe narzędzie - wkrętarkę. Dotychczasowa akumulatorowa Stanleya zaczęła zdradzać wyraźne objawy dobijania do 67-ki, a używanie jednej wiertarki do wiercenia i wkręcania było niewygodne. Szperałem w sieci, żeby się zorientować w temacie i wybrać coś sensownie kompromisowego, między jakością i ceną. Lubię Boscha i już sie przymierzałem do zgrabnej akumulatorówki, która mi w ręce leżała jak ulał, ale po namyśle, postanowiłem dać sobie spokój z akumulatorami. To niepraktyczne rozwiązanie przy zastosowaniach incydentalnych (to znaczy: robota raz na jakiś dłuższy czas), bo akumulatory szlag trafi nim się obudowa zdąży zarysować. Poza tym ładowanie jest niewygodne. Jak trzeba coś zrobić, to zwykle okazuje się, że akurat akumulator nie naładowany. Prace wykonuję w domu, z zasilaniem nie ma problemu, więc wybrałem wkrętarkę sieciową. Sześć metrów kabla to akurat, żeby zapewnić swobodny dostęp do potrzebnych miejsc.

Rozważałem Makitę, która byłaby milsza z racji lepszej jakości, ale z uwagi na cenę stanęło na Skilu. Uznałem, że przy narzędziu pomocniczym, mogę zaryzykować i przyoszczędzić. Przy takim, które warunkuje wykończenie i jest niebezpieczne, jak np. strug to już na cenę mniej bym zważał i kupił coś lepszego.

Miałem kupić w necie, ale zaszedłszy przypadkiem do Lerłasa trafiłem na promocję. Cenowo wychodziło mniej więcej na to co na Allegro z porto, ale odpadał problem umawiania się i czekania na kuriera, bądź drałowania Bóg wie gdzie po odbiór paczki, gdy kurierowi nie chce się zadzwonić. Więc nabyłem sobie drogą kupna. Fajne ustrojstwo, po wykończeniu widać, że to sprzęt budżetowy, nadrabiający wzornictwem. Zobaczymy jak się będzie sprawował.

środa, 9 maja 2012

Kupno składaka

Od jakiegoś czasu chodzi mi po głowie kupno składaka.

Argumenty za: góral zajmuje mi dużo miejsca w przedpokoju i przez niego nie mogę zbudować szafki na buty, a ta jest mi niezbędna, bo trochę ich przybyło i nie mam gdzie ich trzymać. Wystawiać na balkon szkoda go, bo prędko przecież zardzewieje, a poza tym regulamin domu nie pozwala.

Argumenty przeciw: czy rower jest mi faktycznie niezbędny? Przecież od chyba trzech lat ani razu nie przewiozłem nim swojego tłustego dupska. Do tego - czy ja muszę koniecznie pozbywać się tych kilkuset złociszy?

Składak wydaje mi się fajnym toczydełkiem, ale głównie do pracy. Rekreacyjnie, to chyba raczej góral. Składaka z kolei łatwiej wziąć do busa, metra, pociągu.  

Dobrze byłoby mieć po prostu dwa rowery - każdy do innych zastosowań, ale to rozrzutność chyba i miejsca wiele by zajęło. Jaśniej się wyrażając - gdzie górala wtedy trzymać? Składak do pracy byłby w użyciu jakieś 3,5 miesiąca w roku. Miejsca by nie zajął wiele, bo mogę go powiesić na ścianie, gdzie by nie zawadzał (góral się tam nie zmieści). 

Oglądałem na Allegro używki, jakieś germańskie turlajki, na oko znośne; jednak już wyszłoby >500 złociszy, a to zauważalna suma. Najtańsza nasza nówka Krossa jako tako dostępna, to już > 1 kilo złoty, a tyle to ja już nie wydam, bo potrzeba nie aż tak pilna. Z drugiej strony tak sobie myślę: bilet kwartalny MZK to ponad dwie stówy, akurat przed wakacjami skończy się dotychczasowy, czyli do takiej używki trzeba by już tylko ze 300-400 pln wysupłać ekstra. Jednakowoż wcale nie jest przesądzone, że takowy bilet bym kupił, bo na wakacje może to nie mieć większego sensu, gdyż jeśli mam czas to idę na piechotę a nie ładuję sie od razu do autobusu czy tramwaju.

Sam nie wiem już co zrobić. Niezbędne to-to nie jest, żyć bez tego jak widać da się. Ot, dylemat.

wtorek, 8 maja 2012

Z fusów wróżę na maturze


Z notatnika przewodniczącego pewnego zespołu nadzorującego.
część 2.
   
No i siedzę na maturze. Eks-humana pisze matmę. Mam nadzieję, że mnie dehumanizacja przez trzy godziny jakoś ominie. Znowu mam w zespole kolegę Skakanego. Ale na trzeciego podrzucili mi koleżankę Loony. Nie powiem bym uznał to za krzepiący wybór. Koleżanka jest troszkę egzotyczna. Nie wiem na co mogę liczyć, a na co nie, to zaś tworzy niejaki dyskomfort dla przewodniczącego zespołu. Trudno mi w tych warunkach mieć pełne zaufanie do tego, że drugi nauczyciel na pewno wie co robi.  A że sprawne przeprowadzenie matury jest priorytetem, zręcznie tak rozdzieliłem zadania, żeby to co ważne zrobił kolega Skakany [1], a nasza Loony nie poczuła się zupełnie odstawiona na boczny tor. Niestety, ale uważam, że kombinacja zapału do pomocy z… hmmm… powiedzmy: ekscentrycznością tworzy mieszankę potencjalnie destrukcyjną. A ja na sobie nie mam najmniejszej ochoty testować siły tej destrukcji.

Już od kwadransa piszą. Naturalnie, mimo przypominania tyle razy o zakazie używania ołówków, 1/3 je przyniosła. Konfiskuję do depozytu.
  
Poinformowałem ich jasno, jaka jest kolejność czynności przed rozpoczęciem rozwiązywania zadań. Gadu, gadu, stary dziadu! Część olała i robiła po swojemu, co mogło zrodzić kłopot, czyli PKO - Poważne Komplikacje Organizacyjne.

Siedzę sobie i myślę, co też porabia Kelda. Dziś dostała dyspensę i na maturze nigdzie nie siedzi, zażywając rozkoszy dnia wolnego. Jednak ani trochę jej nie zazdroszczę, bo ciężko odharuje to w czwartek i na ustnych, a przy naszej „belfer-friendly” organizacji ma zagwarantowane wielogodzinne maratony do późnego popołudnia. Ciekawe, że w niektórych szkołach jakoś ustne tak poustawiano, że kończą się wczesnym popołudniem. Ale to pewnie złe szkoły są. Mimo że w rankingu duuużo wyżej od nas. 

Niezłomnych tropicieli belferskiego opierdalanctwa śpieszę uprzedzić, że nie chodzi tu tylko o wygodę nauczyciela, ale i o istotny interes zdających. Przed kim wolelibyście zdawać ustny egzamin: przed wypoczętym, optymistycznie nastrojonym egzaminatorem, którego dobra forma psychofizyczna przekłada się na życzliwe nastawienie do zdających, czy przed zmęczonym , półprzytomnym frustratem, toczącym w sobie walkę między poczuciem obowiązku i profesjonalizmu a pragnieniem żeby ta mordęga wreszcie się skończyła?
  
Zdumiewa fakt, że te legiony krytyków nauczycieli jakże gładko prześlizgują się nad oczywistością, ze nauczyciel pracuje zawsze z uczniem i rozpatrywanie jego pracy w oderwaniu od drugiej strony, czyli uczniów, jest szkodliwą głupotą. No tak, ale też nie od dziś wiem, że ta cała nagonka na „leniwych nauczycieli” wcale nie wypływa z samej troski o ucznia, lecz w głównej mierze z jakże u nas rozplenionej i rozkwitłej podłej zawiści. Taka mieszanina najgorszych cech drobnomieszczaństwa i pańszczyźnianego chłopstwa, która zalega w naszych charakterach głęboko i obficie, nadając rozpoznawalny rys naszej przestrzeni społecznej. Myślimy o innych z zawiścią, więc ich nie lubimy. Jeśli kogoś nie lubimy, to mu nie ufamy. Wiemy, jak o nas myślą inni, więc im też nie ufamy. I tak piekielny krąg się zamyka.
  
Koleżanka Loony pracowicie coś pisze, za moim przykładem - mam wrażenie. Zapewne daje upust swemu zacięciu literackiemu. Przywodzi mi na myśl obraz New Age’owej Deotymy, w jej salonie, z całą pretensjonalno-teatralną otoczką. Goście w ubraniach z metkami eko-trade, z miseczek z rodzimych gatunków drewna (tylko z naturalnych wiatrołomów, rzecz jasna) jedzą mieszankę kiełków i listowia, słuchając jak gospodyni ubrana w ekologiczną spódnicę z dynamicznie zszytych worków jutowych [2] czyta swe białe zaangażowane wiersze o emisji gazów. Cieplarnianych, rzecz jasna.
  
Kolega Skakany za to znowu się pokrzepia colą w wersji light.

Mnie zaś na półmetku napada senność. Mało snu.
  
Wczoraj na rozszerzonym polskim o tej porze już zaczęli wychodzić. A tu jeszcze nic nie wskazuje, żeby ktokolwiek zbierał się do wyjścia. Wszyscy pilnie pochyleni rozwiązują zadania, bez zauważalnych przerw. Dopiero na pół godziny przed końcem wyszło dwoje.
   
Z innej beczki, to mamy ciekawy przegląd obuwia: baleriny, szpilki, koturny, adidasy, a nawet… kalosze! Jakby ci ludzie nie mieli w domu nikogo, kto by im doradził jak się ubrać elegancko, czyli stosownie do okoliczności.
  
Kwadrans przed końcem jeszcze ¾ pisze. Koniec matury wita w sali jeszcze 2/3 zdających. Wychodzący mówią, że była łatwa. Ciekawe jak to jest faktycznie. Zeszłoroczna podobnobyła trudna, więc obstawiali, że ta będzie łatwa. Może te nasze bambini jednak zdadzą w komplecie?
  
Koleżanka Loony zachowała się nad wyraz uprzejmie utwierdzając mnie w moich podejrzeniach, o których pisałem na początku tej notatki. Zabrała od pierwszego wychodzącego jego pracę, żeby położyć ją na stole komisji, tymczasem od lat obowiązuje zasada, że prac nie wolno zbierać przed końcem matury, a wychodzący wcześniej zdający zostawia ją na swoim stoliku. Niby drobiazg, ale tak sobie pomyślałem: gdzieś ty się królowo cygańska uchowała przez te wszystkie lata matur, jeśli nie znasz tak podstawowych procedur?
 ________________________________________________
[1] który wszak jest z importu - u nas na wygnaniu maturalnym z własnej szkoły, jako tzw. członek spoza. 

[2] taką jaką ma teraz na sobie. Wraz z trzewiczkami w stylu: ostatni krzyk mody roku Wielkiej Wojny z Zakonem. Taki powrót do korzeni, można by powiedzieć, a przecież korzonki ekologiczne i odnawialne są.


poniedziałek, 7 maja 2012

Sens pracy

A z trochę innej beczki, lecz jednakowoż wciąż à propos.

Siedziałem dziś na owej rezerwie i wyglądałem przez okno. Na sąsiedniej posesji dwóch mężczyzn rozbierało niewielki mur zaślepiający otwór wejściowy do garażu, bądź magazynu. Jeden wybijał bloczki, drugi odbierał je i układał obok. Od razu przyszedł mi na myśl pewien przygłuchy majster i jego pomocnik-ścichapęk .

Patrzyłem sobie na nich i patrzyłem i czułem gdzieś tam w głębi igiełkę zazdrości. W takiej robocie od razu widać efekt swojej pracy. Widać też jej jakość. Od razu otrzymuje się potwierdzenie swojego wysiłku. A w mojej pracy bardzo mi tego brakuje. W gruncie rzeczy nie wiem jakim jestem nauczycielem - dobrym czy złym. Nie wiem czy moja praca ma jakikolwiek sens (poza biurokratycznym zapełnieniem rubryczek, które trzeba zapełnić, żeby się zgadzały).

Pewnie dlatego lubię majsterkowanie w różnych formach - tam od razu widać rezultaty.

piątek, 4 maja 2012

W czarnej dziurze na maturze


Z notatnika przewodniczącego pewnego zespołu nadzorującego. część 1.

10. minuta. O jak szybko! Już 15 po!

20. minuta. Jak ten czas wolno płynie. W sali duszno. A może parno? Ciekawe czy będzie padać. Wziąłem parasol, ale zapomniałem sprawdzić prognozę. Trzech piszących tylko w marynarkach, reszta zdjęła lub nie wzięła. Ciekawe, że 2 lata w szkole obok nich byłem, a większości w ogóle nie kojarzę. Na ulicy nawet bym się nie domyślił, że są od nas. Dziewczyny nijakie. Dobrze przynajmniej, że w tej sali jakoś wszyscy zdający stosownie odziani. Jak przelotnie rzuciłem okiem na korytarzu, to niektórzy przyszli jak na odebranie świadectwa nielubianej pracy a nie na maturę. Jedna sprawa to aformalność stroju, druga to w ogóle brak stylu i wyczucia jak się ubrać. W rezultacie widać ubiór chaotyczny i eklektyczny a nie nieformalny.

30. minuta. Już się im pozy rozluźniają. Odpuszcza pierwsza fala stresu, która ich usztywniała jak posągi. Duszno, mimo pouchylanych okien. Tradycyjny wystrój sali szkolnej, nieśmiertelny, ponadczasowy standard. Z tyłu szafy, przekrój wzornictwa od późnego Bieruta po paździerzówkę w gustownej okleinie. Pas płyty pilśniowej obciągnięty suknem, żeby było gdzie przypinać „gazetkę”, bądź inną dekorację, żeby w sali ładniej było. Obrazki wycięte z kalendarza w tandetnych kiczowatych ramkach. Przeterminowany kalendarz. Roślinki toczące nieustanną heroiczną, nierówną wojnę z obskubującymi i zaśmiecającymi uczniami z jednej strony, a paniami woźnymi topiącymi je nieumiarkowanym podlewaniem z drugiej. Co kwiatek to inna doniczka, przygnębiająca galeria przypadkowości. Kiedy ten czy ów kwiatek znudził się w domu uczniowskim przynoszony był do szkoły i tkwi tu po dziś dzień, choć dawno już w żadnej ławce nie siedzi nikt z domu, z którego został wypędzony. Anonimowe świadectwo pobytu w tych murach jakiejś istoty, która spędziła tu 3 lata swego życia. Te kwiatki sprawiają wrażenie jakby nie rosły, jakby wciąż były takie same, co najwyżej zwiędną, stracą liście i znikną, ale nie urosną. Kto wie, może to reakcja na wypędzenie? Na rzucenie w zmieniający się jak w kalejdoskopie tłum? W smutne ściany płaczące płatkami tynku i farby?

O rany, jeszcze 2 godziny. Ani wstać, ani pospacerować, paru kroków choćby zrobić. Okropność. Od tych twardych krzeseł hemoroidów dostanę. Albo odcisków na kościach, co mam je w tyłku. Nie wiem jak się nazywają, przez większość roku nawet nie wiem, że je w ogóle mam. Za to na maturze dowiaduję się o ich  istnieniu niezawodnie. Czuję jakbym siedział tylko na nich, żadnej skóry, tłuszczu, mięśni – nic. Tylko sklejka i gnat. Niezawodny wskaźnik eventowy: dupa boli, znaczy matury!

Godzina. Wciąż większość czasu przede mną. To bezczynne i nieruchome siedzenie to tortura. Kolega Skakany siedzi twardo, koleżanka BDM zaczyna słabnąć, zaczyna wyglądać nieszczęśliwie i oklapło. Czy ten chłopak krwawi? Przód koszuli ma zalany strumieniem krwi?! Aaaa… to tylko krawat, zajebiście czerwony. W sumie nietypowe to, gdyż reszta ma czarne. No nie, jest jeden łososiowy. No i ja się wyłamuję. Ale ja w ogóle nie mam czarnego krawata.

Cholera, dopiero godzina dziesięć. Tyle jeszcze czasu. Ciekawe jak Ajs się bawi. Pewnie równie wybornie jak ja. Hebius na pewno krząta się na świeżym powietrzu, coś ma do roboty, jakieś zajęcie, przy którym widzi efekt swojej pracy, a nie takie… pierdzenie w stołek. A nie, nawet i tego nie możemy robić – procedury OKE pierdzenia w cokolwiek nie dopuszczają. Trudno się dziwić, w końcu to ich specjalność i zazdrośnie strzeżona prerogatywa.
Niektórzy zaczynają pisać wypracowanie. Kolega Skakany dyskretnie pokrzepia się colą. To wyjaśnia czemu nie przysypia i oczy mu się nie kleją. Ale siedzi z tyłu, a ja na widoku i metr od najbliższych zdających, więc mi nie wypada.
Bycie przewodniczącym zespołu nadzorującego to jednak krótsza słomka. Najwygodniej to być na wyjeździe, tzn. siedzieć w zespole nadzorującym w innej szkole: zero odpowiedzialności, mało co do roboty i to tylko przy wpuszczaniu na salę, presja na powściągliwe zachowanie mniejsza, po zbieraniu arkuszy tylko podpisanie się na protokołach i pryskamy wolni, mając już jedną maturę odfajkowaną. A przewodniczący zespołu nadzorującego tak dobrze nie ma.
Ani razu w tym roku nie jestem na wyjeździe, i chyba zawsze siedzę jako przewodniczący. Znowu płacę za mój perfekcjonizm. Gdybym się opieprzał jak niektórzy, to by mi żadnych odpowiedzialnych zadań nie dawali i mógłbym sobie wygodniej „pracować”. A tak – JJP jest niezastąpiony! Cmentarze, kurwa, są pełne ludzi niezastąpionych.

Półmetek! Teraz to już z górki. Przebiegle przechadzam się pod pretekstem otwarcia okna. Duszno mi trochę. Siadam na drugim krześle, takie samo, ale może gnaty w tyłku dadzą się nabrać i pomyślą, że to wyścielany fotel.

90. minuta. Kończy pierwszy, chce wyjść, ale każę mu przeczytać jeszcze raz, ale tak jakby to była cudza praca, którą widzi pierwszy raz na oczy. To dość trudne, ale bardzo pożyteczne, bo pozwala wychwycić przeoczone w ferworze pisania oczywiste błędy i pomyłki.
Nie nabrały się.

93. minuta. Pierwszy wyszedł. Kark mnie boli. Mięśnie mi się spięły, pomaga masowanie.

110. minuta. Kolega Skakany jednak nie taki twardziel jak się wydawało – wstał i przeszedł się do okna zlustrować parking. Teraz uprawia tajną mikrogimnastykę rozluźniającą.

120. minuta. Jeszcze tylko niecała godzina. A mnie dopada senność, oczy mi się same zamykają. Muszę się pilnować, żeby nie zasnąć, bo zlecę z krzesła i będzie chryja jeszcze większa od łoskotu. Okropne uczucie, jakby  gałki oczne same mi się obracały tak, żeby ukryć źrenice w głębi oczodołu. Ciekawe na ile widać, że mi się oczy turlają. Właściwie, to wcale nie ciekawe.

Jeszcze 45 minut. Dopiero 4 osoby wyszły. Jedna panna siedzi i gapi się w okno, już chyba pół godziny. Walczę z zamykającymi się oczami.
Jakie paskudne karnisze, model – późny Gomułka. Firanki nie lepsze; jak w wiejskim domu staruszki, co to jej „już nie potrzeba nowych, bo ona stara, nie warto!”. I te zasłony wprowadzające odważnie asymetryczne przełamanie monotonii – w każdym oknie tylko jedna.

Jeszcze 35 minut. Kolega Skakany wstaje i robi po kilka kroków. Koleżanka BDM twardo siedzi, to znaczy częściowo twardo, bo wzięła sobie tapicerowane krzesło biurowe, więc siedzi miękko, ale nieustępliwie. Sam nie wiem… może obawia się, że kolega Skakany ją podsiądzie? Ale mnie to wydaje się mało prawdopodobne, bo wygląda na dżentelmena.

Jeszcze 25 minut i jeszcze ośmioro pisze. Bujam się na tylnych nogach krzesła – zawszeć to jakieś urozmaicenie i rozrywka. I walczę z sennością. Niebezpieczna kombinacja – jak zasnę i rąbnę w tył, to… O-o, nogawka mi się zawinęła. Niedobra nogawka!

20 minut i sześcioro. Mogliby sobie już pójść. Przecież NIKE i tak za to nie dostaną. Polski w podstawie to ja nie wiem czy gdziekolwiek do czegokolwiek się przydaje, więc wystarczy zdać. A tego przecież nie sposób nie zdać, jeśli ma się szare komórki w ilości mnogiej.
Ze słowników skorzystała jedna osoba.

Jeszcze 10 minut i pięcioro pisze. Kolega Skakany oparty o filar filuternie kręci nóżką, jak Piłsudski. Wyraźnie ma już dość. My się trzymamy. Zastanawiam się czy zasłużyłem na eklerkę u Grycana. Albo dwie... Dawno nie jadłem, ale z drugiej strony – ileż tam musi być kalorii. A cóż to jest taka mała grycanowa apetyczna eklereczka? Chaps, chaps i po niej. 

Jeszcze 6 minut…
Ostatni skończył na minutę przed końcem. Drań po prostu. 
Zbieranie arkuszy, liczenie, pakowanie. Podpisy. Żegnam się z zespołem i zdaję wszystko do dyrekcji. Alles Gut, więc wybywam.

Eklerki nie kupiłem.

czwartek, 3 maja 2012

Kot mleko zjadł i farfurka się stłukła

No i po długim weekendzie. Jutro do pracy. Siedzenie w zespole nadzorującym na maturze - cóż za nuda śmiertelna!
Dobrze, że dziś chociaż był jakiś milszy akcent w postaci odwiedzin kumpla. Zdał relację jak sobie pociech w szkole radzi, jak się małżonka czuje - takie tam. O kryzysie wieku średniego żeśmy wspomnieli. Pochwalił się tatuażem, pierwszem w życiu, ze starożytnej genezy wywiedzionem bo z fascynacji lekturą jeszcze z licealnych czasów. A i mnie skomplementował, żem schudł widocznie. Odrobinę wagi, i owszem, ubyło, ale to i tak kropla w morzu potrzeb.

Jako że wypada jubileuszowa rocznica naszej matury, będzie szykowane spotkanie ex-klasowe. Okazało się, że nasz kolega z tejże klasy będzie się wkrótce ślubił, co dało asumpt do rozważań: a któryż to ślub będzie i z którąż to żoną. Na spotkanie klasowe nie wiadomo czy przyjdzie, bo tak zapracowany. W sumie trudno się dziwić - tyle żon... ;-) Dowiedziałem się przy okazji, że rozmnożył się, i to dubeltowo. 
Ha, ileż to nowin z dalekich stron.

Model "Błyskawicy" poszedł do śmieci. Na etapie poszywania kadłuba uwierzyłem wreszcie, że to nie ja nie umiem sklejać, tylko wycinanka jest skaszaniona, na co potwierdzenie znalazłem w necie. Chrzanić "Małego Modelarza"! Tanie mięso psi jedzą. A modele trzeba kupować porządnej jakości.

Dwusetny post. Ktoś by rzekł, że powinien być o czymś poważnym, jakiś ciężar gatunkowy nieść. A tu tak o dyrdymałach...

niedziela, 22 kwietnia 2012

Feldwebel

Pojęczałeś, poużalałeś się nad sobą, gówno ci z tego przyszło, a teraz morda w kubeł i bierz się do roboty, bo samo się nie zrobi.

Kolejny dowód na to, że sparowani mają łatwiej - mają pod ręką audytorium do demonstrowania swojego dołka. Mogą sobie w łóżku zostać, oznajmiając że nie są w stanie wstać. Jeść nie zrobić, zakupów nie zrobić, nie sprzątać itp., bo partner, bądź partnerka zrobią to za nich. A singiel/samotny nie ma na kogo obowiązków zwalić. Emilia Korczyńska jakby sama żyła, to by tak często globusa nie miała.

Oto recepta na szczęście - spychaj na bok smutki i poczucie braku, a będziesz mógł uchodzić za szczęśliwego! Jakiż genialny w swej prostocie przepis! Szkoda tylko, że one cały czas tam są. Kumulują się. I pewnego pięknego dnia zastukają do drzwi, lecz nie dadzą się już spławić jak wcześniej. Jak się ma silny charakter, to można wytrzymać długo.

Z tym zresztą wiąże się ciekawe spostrzeżenie jakiego dokonałem parę lat temu na swój temat. Zawsze byłem przekonany, że mam słaby charakter. Tymczasem dopiero po cirka abałt 20 latach zdałem sobie sprawę z tego, że potrafi on być bardzo silny i trzymać mą osobowość w ryzach jak pruski feldwebel kompanię pod ogniem. Choć ciągnąc metaforę należałoby zauważyć, że jeśli ogień potrwa dostatecznie długo, to nawet jeśli kompania wytrzyma przecie żywa noga z niej nie zostanie...

czwartek, 19 kwietnia 2012

Kiepski produkt Pana Boga

Najwyraźniej i Najwyższemu zdarza się kryzys twórczy. Pierwszy zaliczył przy Adamie, a potem to już poszło z górki. Gdzieś na jej stoku i ja się znajduję. Sam nie wiem, co też Pan Stworzenia myślał sobie powołując mnie do życia. Mam nadzieję, że w ogóle wtedy myślał. A może to już szło z automatu, raz ustawionego, z odpowiednią tolerancją na nieforemne egzemplarze, żeby się nie zacinał?

Dobrze jest widzieć sens życia. Tak, wiem, różny wzrok ludzie mają. Dla kogoś pokroju Arnolda Boczka będzie to perspektywa michy flaków na obiad, dla kloszarda moneta w wyrzutniku następnego parkometru, dla artysty - kolejne dzieło nad którym wnet podejmie pracę.

A jaki sens ja widzę? A żadnego. Moja zwykła odpowiedź na pytanie: "Jak się żyje?" brzmi "Siłą przyzwyczajenia." i chyba niewiele osób słysząc ją domyśla się, jak bardzo jest ona prawdziwa. Praca i samotne mieszkanie, w którym nie można oczekiwać że ktoś za nas zrobi co trzeba, tworzą ramy, na których rozpina się rutyna dnia codziennego. Praca, która wykonuję w znacznej części w domu pozwala wypełnić sobą cały dzień, tydzień, miesiąc, rok, życie. Urządza czas, nadaje rytm, tworzy złudzenie sensu życia, jego wagi. Poza nią nie ma nic.

Hobby leży mimo i pokrywa się kurzem. Niepotrzebne jako wypełniacz czasu, gdyż praca robi to lepiej. Nieskuteczne jako źródło satysfakcji i budowania własnej wartości - w internecie bez trudu znajdowałem osiągnięcia, do których nawet się nie zbliżę. Nieefektywne jako środek budowania dobrego nastroju i samopoczucia - bo wciąż to poczucie winy, że zajmuję się pierdułkami, gdy obok praca leży. Ona - pożądana i jednocześnie niszcząca.

Praca w której tak łatwo ulec złudzeniu. Złudzeniu co do wartości tego co robię i akceptacji mnie przez innych. Złudzeniu, które umieści cię w matriksie twojego życia. Tyle że ty sam sobie ten matriks zbudowałeś. Ale to tak przyjemne jest sądzić, że robi się coś istotnego, że jest się dla kogoś kimś ważnym. NAUCZYCIEL. Misja, kaganek, kształtowanie etc. A w rzeczywistości... Jesteś tylko kartą z talii! Co najwyżej bardziej niż inne barwną i oryginalną, ale to tyle - nic więcej. 

Życie w którym na nic już się nie czeka. Puste, które pustym już pozostanie. Podziwiam i zazdroszczę ludziom, którym to nie przeszkadza.

wtorek, 10 kwietnia 2012

Stare dobre czasy II

Ale żeby się gminne urzędasy za bardzo do restytucji dawnych standardów nie paliły, to dla równowagi regulamin biurowy z tego samego okresu. :-)

Regulamin biurowy (1870)

1. Personel winien być w biurze tylko w dni robocze pomiędzy godziną szóstą przed południem a godziną szóstą po południu. Oczekuje się, że wszyscy współpracownicy bez wezwania będą pracowali w godzinach nadliczbowych - jeśli będzie taka potrzeba.

2. Za czystość biura odpowiedzialny jest pracownik o najdłuższym stażu. Wszyscy terminatorzy i uczniowie mają zgłaszać się u niego czterdziesci minut przed rozpoczęciem pracy i pozostają do dyspozycji także po zakończeniu zmiany.

3. W czasie godzin biurowych nie wolno rozmawiać. Przyjmowanie posiłku jest dozwolone pomiędzy godzina wpół do dwunastej do dwunastej. Jednakże nie wolno w tym czasie przerywać pracy.

4. Regułą jest noszenie skromnej odzieży. Personel nie może ubierać się jaskrawo i wolno mu nosić tylko porządne pończochy.

5. Nie wolno nosić w biurze ocieplaczy i płaszczy, ponieważ personel ma do dyspozycji piec. Poza tym zaleca się aby każdy członek personelu w okresie zimowym przynosił cztery funty węgla.

6. Pragnienie tytoniu lub napojów wyskokowych jest słabością ciała i jest zabronione dla wszystkich członków personelu biurowego. Osoby płci żeńskiej mają starać się prowadzić bogobojny tryb życia.

7. Każdy pracownik ma obowiązek troszczenia się o swoje zdrowie. Chorzy pracownicy nie otrzymują wynagrodzenia. Dlatego każdy pracownik mający poczucie odpowiedzialności powinien ze swego wynagrodzenia odkładać pewnę sumę, żeby nie stać się ciężarem dla ogółu w razie niemożności pracy lub zmniejszenia się zdolności do pracy.

8. Urlopów udziela się tylko w wypadkach naglących ze względów rodzinnych. Wynagrodzenia za ten czas nie płaci się.

9. Należy zawsze pamiętać o tym, że jest się winnym wdzięczność swemu chlebodawcy. W końcu on Was żywi.

Zajebiste to były czasy. A przecież to było raptem 6 pokoleń temu.

poniedziałek, 9 kwietnia 2012

Stare dobre czasy

Se non è vero è ben trovato. Mam nierzadko wrażenie, że do tamtych czasów wzdychają z tęsknotą organy prowadzące szkoły, czyli nasz kochany samorząd terytorialny.

Obowiązki nauczyciela (1872)

1. Nauczyciel każdego dnia powinien zadbać o to, aby lampy były napełnione a kominek czysty.

2. Każdy nauczyciel winien codziennie przynosić wiadro wody i kubeł węgla.

 3. Pióra należy przygotowywać starannie. Końcówki piór można ostrzyć zgodnie z indywidualnymi upodobaniami wychowanków.

4. Nauczycielowi płci męskiej zezwala się na wykorzystanie jednego wieczoru w tygodniu na sprawy osobiste (bądź też dwóch wieczorów, jeśli regularnie uczęszcza do kościoła).

5. Po spędzeniu dziesięciu godzin w szkole, nauczyciele mogą oddać się czytaniu biblii lub innych pożytecznych ksiąg.

6. Nauczycielki, które wychodzą za mąż bądź angażują się w romanse dostaną natychmiastowe wypowiedzenie.

7. Nauczyciel, który pali, używa alkoholu w jakiejkolwiek formie, uczęszcza do kasyna lub domu publicznego, lub też goli się u fryzjera dostarcza znakomitych powodów, by żywić poważne wątpliwości co do jego wartości, zamiarów, prawości i uczciwości.

8. Nauczyciel powinien odkładać drobne sumy z każdej wypłacanej mu pensji, aby w latach starości nie stać się ciężarem dla społeczeństwa.

9. Nauczyciel wykonujący swą pracę sumiennie i wiernie przez 5 lat spodziewać się może podwyżki w wysokości dwudziestu pięciu centów tygodniowo, o ile zarząd wyrazi na to zgodę.

Święta dawniej i dziś

Święta na szczęście już mijają. Za oknem ulice skąpane w potokach pięknego słońca. Jeszcze tylko jutro wolne i znowu do pracy. Niestety zacznę ją od wyjazdu na indywidualne - absmak, ale cóż zrobić. Na szczęście w te dni wolne nie miałem żadnych prac do sprawdzania, bo sprężyłem się i uwinąłem ze wszystkimi przed świętami. Sam nie wiem, może to przyczyniło się do kiepskiego nastroju jaki miałem, tzn. owo pociśnięcie nieprzyjemnej pracy. Kumulacja przykrych czynników z pewnością podziałała silniej. Wczoraj tylko zrobiłem jeszcze parę robótek na stronę szkółki, tak że i tu mam wszystko załatwione jak należy.

Święta nie sprawiają mi żadnej przyjemności. Wymiaru religijnego nie mają dla mnie żadnego, a rodzinny? Pamiętam święta i juble z lat mojego dzieciństwa. Wielu gości, inne twarze, inne emocje, możliwość zasłużenia na pochwałę - to było ważne i fajne. Do tego lepsze jedzenie, na codzień nie spotykane, i ładnie podane, na odświętnej porcelanie, ze srebrnymi sztućcami babci. W szarzyźnie peerelowskiej rzeczywistości, kiedy gospodarka już się wyraźnie załamywała, to było atrakcyjne. Do tego perspektywa dziecka, z jeszcze względnie niewielkim balastem smutków i przykrości, ułatwiała skupianie się na przyjemniejszych aspektach wydarzeń.

A dziś? Rodzina i znajomi powymierali, przy stole siada 6-7 osób. Ja rodziny nie założyłem, choć przecież to syna powinność kontynuować budowanie rodziny, zapełniać puste miejsca przy stole. Jedzenie w zasadzie takie samo jakie można mieć na co dzień - w sklepach jest wszystko. Atmosfera naznaczona chorobą, śmiercią, pustką, nie oczekiwaniem od życia już niczego. Takie spotkanie rodzinne nie daje nic, żadnego wsparcia, żadnej ulgi, żadnej przyjemności. Jest tylko poczucie obowiązku. 

Dobrze chociaż, że słońce tak pięknie świeci.

wtorek, 3 kwietnia 2012

Kurso finito!

Kurs pseudodoskonalący dotyczący nowej podstawy programowej w LO, na który chodziłem od jesieni wreszcie się skończył. I to główna jego zaleta. Na zakończenie pani wręczyła nam zebrane w program nasze wypracowane materiały, przez nią twórczo przetworzone. Imię i nazwisko mojej skromnej osoby figuruje wśród 12 autorów tego programu. Gdyby miało to jakiekolwiek znaczenie pewnie bym się tym przejął, ale ponieważ nie ma żadnego, więc się nie przejąłem.

Kolega Latający Kolejarz w ewaluacji kursu podobno wyraził się szczerze o jego wartości. Mnie jak zwykle w takich chwilach ruszyła wrodzona dobroć [1] i napisałem bardzo wstrzemięźliwie. Tak sobie myślę, że na moją hiperłagodną ocenę wpływ miała niewiara, że ktoś z przełożonych pani prowadzącej te karty ewaluacji przeczyta, bo w takim przypadku szczerość miałaby może jakiś sens. A tak - pani zrobi z nimi co zechce, a nie wydaje mi się, by zdolna była do dostatecznie radykalnej przemiany.

A poza tym przeziębiłem się, jestem zmęczony i mam humor jeszcze gorszy niż zwykle. Do tego ostatnio wpieprzam za dużo słodyczy i wkrótce będę miał brzuszek jak kolega Latający Kolejarz. :-(

_____________________________________________
[1] ...albo brak asertywności. Bo na pewno nie sumienie - wszak wiadomo, że nauczyciele sumienia nie mają.

niedziela, 25 marca 2012

Szkielet wielkanocnego zajączka z szafy

Dwa zdarzenia popsuły mi humor (nie to, żeby przedtem był jakiś specjalnie dobry, raczej szedł standardem ostatnich miesięcy). Zajrzałem do Gargamelów[1], bo mama się rozchorowała i chciałem zobaczyć czy jej trochę lepiej po pierwszych antybiotykach. Trafiłem na Siostrunię, która przyszła w tym samym celu (plus obiad). Podjęła temat Świąt dyrygując przygotowaniami - chodzi o to, żeby mamę odciążyć od krzątania się po kuchni, ale na mój gust odniesie połowiczny sukces, bo mama tłuczenie garnkami traktuje jako podstawową funkcję swej roli rodzinnej i próbę odsunięcia od kuchni traktuje jako zamach na imponderabilia, któremu musi się przeciwstawić z całą przebiegłością i zdecydowaniem. Więc podejrzewam, że i tak będzie próbowała coś upiec cichaczem na własną rękę, niezależnie od naszych ustaleń. Machnąłem już na to ręką, upiekę co mam upiec i siup. W sumie udział w zapełnianiu stołu nie stanowi dla mnie problemu.

Gorzej, że Siostrunia się rozpędza i oznajmiła, że trzeba wyręczyć ojca od mycia okien i że mam się włączyć, bo jej syn i jego panna będą myli. I tu mi się włączyło faktycznie, ale opór. Nie znoszę jak mi się coś narzuca, zwłaszcza z podtekstem "Jesteś to winny!". Poza tym bardzo różnimy się w podejściu do pracy: ja preferuje pracę solo, którą sam sobie organizuję i nie lubię korzystać z pomocy, zaś Siostrunia uwielbia zaangażować wszystkie formy życia w okolicy do pracy/pomagania, co jest dla mnie wybitnie frustrujące i irytujące.[2] W dodatku Siostrunia robi to w taki sposób, że  odmawiający ma poczucie iż dokonał właśnie czynu niegodziwego a co najmniej moralnie wątpliwego.

Do tego mycia okien bardzo nie lubię z racji mojego silnego lęku wysokości (niby wie że mam, ale wyraźnie do niej nie dociera).

A nie wiem, czy nie najsilniejszym czynnikiem jest to, że mi się natychmiast wyświetlił powrót do rodzinnego domu. Sprzątanie było moim obowiązkiem i zrobienie tego znowu tam wywołuje najbardziej nieprzyjemne wspomnienia. Siostrunia, jako dużo starsza ode mnie, wychowywała się w innych warunkach (sama kiedyś powiedziała, że miałem pecha urodzić się tak późno, kiedy Gargamelowie bardzo się już zmienili) i pewnych niuansów zupełnie nie czuje. Choć nie mieszkam tam od wielu już lat (Bogu niech będą dzięki!) i wiele rzeczy mam już psychicznie przepracowanych,[3] to hasło: "Łap się za sprzątanie!" natychmiast wywołało uśpione od lat wspomnienia. 
Mogę zrobić zakupy, upiec, pozmywać... Ale nie chcę sprzątać, a zwłaszcza myć okien. :-(

Aaa... jeszcze drugie zdarzenie. Sms: "Hej, co u Ciebie słychać?" Po paru miesiącach głuchej ciszy takie zainteresowanie, cóż za nagły fawor i splendor dla mnie! A ja wciąż pamiętam te przykrości i odepchnięcia. Akurat zablokowana "na wychodzące" komórka ułatwiła kwestię odpowiedzi. :-(

Ale przykro i tak.

_____________________________________________
[1] Od rodzinnego pseudonimu Pana Domu (mojego, nie chwaląc się, złośliwego autorstwa). Mam ten talent po tatusiu. Wybitny językolog, Dziadek Gargamel, wzniósł się kiedyś na wyżyny swojej kreatywności porządkując świat nazewnictwa członków rodziny. Otóż poinstruował swego wnuczka: "To jest, Jasiu,  twoja babcia, czyli Babcia Marysia. A to... - pokazał na swoją matkę, a prababkę rzeczonego Jasia - to jest... eee... to jest... Babcia Staruszka!". Biedna babcia już do końca swych dni pozostała "Staruszką".:-)

[2] Dobrą ilustracją jej działania jest niedawny przypadek jej urodzin. Wykonała serię marszów i kontrmarszów pt. "Gdzie urządzać???", a kluczowym problemem był stół. Otóż nie posiada odpowiedniego stołu dla gości, to znaczy posiada, ale nie chce jej się go wyjąć ze składziku. Mogła, za moją sugestią, pożyczyć stół od rodziców, ale nie była w stanie go przewieźć. Jest ich tam troje, każde z prawkiem, mają samochód w stałym użyciu, a nie mogą przewieźć na dystansie 2 km rozkręcanego na części stołu. Tymczasem ja sam przeniosłem kiedyś ten stół w częściach od Gargamelów do siebie i z powrotem, i to dwukrotnie (20 minut marszu). 

[3] Czy jak kto woli - mam  poupychane  w szafach swojej psychiki różne szkielety, które na co dzień z nich nie wyłażą.

niedziela, 18 marca 2012

Niedziela to taki dzień przed poniedziałkiem

Piękna pogoda była za oknem, a ja się nie ruszyłem z domu. Często mam tak w niedziele. Sam nie wiem czemu. Siedzę w domu i zajmuję się jakimiś głupotami, ani nic pożytecznego nie robię, ani nie odpoczywam. Zezuję na stosik prac do sprawdzenia i uciekam od nich jak się da. Bo co to za przyjemność czytać bzdury w rodzaju:  "Mieszko przyjął chrzest ponieważ chciał wziąć ślub z Dąbrówką, by móc się ochrzcić" albo że "na czele metropolii gnieźnieńskiej stał św. Wojciech". Pojedyncze takie kwiatki bawią, ale z czasem nawarstwiają się dławiącym chęć do pracy osadem. 

Szperałem po sieci, czytałem blogi [1], spakowałem buty zimowe, rozwaliłem kilka cywilizacji wrogich i pechowych, takie tam. Zaprojektowałem szafkę nad drzwiami sypialni - te parę metrów półek bardzo by się przydało, bo książek jak zwykle nie mam gdzie trzymać i piętrzą się w stosikach na podłodze. Ale obawiam się, że nieprędko znajdę czas by pojechać po deski do Lerłasa. W takich chwilach wzdycham, że nie mam autka - tachanie dech tramwajem jest czasem uciążliwe, zwłaszcza, że do pętli jest tam jednak kawałek drogi. A w tym roku lekcje kończę raczej późno jak na taką eskapadę.

W te dwa dni parę godzin poszło na fonokonferencje z DNiB, która doła podłapała. Niewiele Jej mogłem pomóc poza wysłuchaniem. Podobnie zresztą i Ona niewiele może pomóc mnie. Po tylu latach każde z nas wie już dobrze, gdzie, czego i dlaczego nam brakuje. I co? I nic. 

Kolejna znajomość zdaje się dobiegła końca. Maile bez odpowiedzi, głucha cisza, niby standard w sumie, ale przecież przykre to.
I znów pustka.
Jak zawsze.

_____________________________________________
[1] Łypiąc przy tym z zawiścią iluż one mają czytelników, a ja mam tylko moją gromadkę szczuplutką, nad którą drżę i trzęsę się, żeby drzwiami nie trzasnęła i nie wyniosła precz od tej pesymistycznej grafomanii. :-)

sobota, 17 marca 2012

Ostatni weekend zimy

Piękna pogoda, cieplutko. Zima żegna się z nami jakoś przyjaźnie i sympatycznie. Rano wyszedłem jeszcze w czapce, rękawiczkach i polarku, ale szybko je zdjąłem. Jakoś niezauważalnie przemknęła tegoroczna zima.

Już połowa marca, jeszcze 6 tygodni i pójdą już sobie maturzyści. Ale że po drodze święta, to zleci jeszcze szybciej. Potem matury i zaraz wakacje. I cały rok przeleci. Kolejny rok. Coraz szybciej mi te lata przemykają, życie coraz szybciej przecieka między palcami. Jaki to wszystko ma sens?

Na mieście mnóstwo ludzi, lekkie ubrania, krótkie rękawy, okulary przeciwsłoneczne. Gdzieś się śpieszą, gdzieś pędzą - jak to w Wawie (podobno mówi się o nas, że Warszawiaka można poznać po tym, że wszędzie się śpieszy i wchodzi nawet po schodach ruchomych). Byłem u rodziców, poszedłem do Siostruni życzenia urodzinowe złożyć i suwenirem ucieszyć (10 płyt z muzyką "rudego księdza") wysłuchałem i poszedłem na zakupy. Szedłem sobie, bardziej żeby się przejść niż lodówkę zaproduktować, mijałem tych wszystkich ludzi i jakoś nie najlżej mi było. 

Zwieść cię może ciągnący ulicami tłum,
wódka w parku wypita albo zachód słońca,
lecz pamiętaj: naprawdę nie dzieje się nic
i nie stanie się nic - aż do końca.

Czy zdanie okrągłe wypowiesz,
czy księgę mądrą napiszesz,
będziesz zawsze mieć w głowie
tę samą pustkę i ciszę.

[słowa: Michał Zabłocki]

niedziela, 11 marca 2012

Udarem przez płytki

Dobry brat poszedł i półeczkę zamontował. Przezorność podpowiedziała, żeby wziąć więcej kołków i wkrętów, bo skoro Siostrunia nie powiedziała na ile punktów półeczka mocowana, to może być od dwóch do fafnastu. Wiem już, że przezorność moja mądrusia jest, więc jak jej dosłyszę to słucham. 
Półeczka okazała się mieć prawie metr długości i metalową konstrukcję. Spoko, nie takie rzeczy się robiło. Zaznaczyłem miejsca na otwory, zrobiłem rysikiem wgłębienia w szkliwieniu, żeby wiertło nie tańczyło, najniższe obroty i jedziemy[1]. 
I stoimy.
Czy obroty małe czy duże efekt ten sam - wiertło zaraz zacznie dymić, a ja się nawet jeszcze przez szkliwienie na całej średnicy nie przegryzłem. Ki czort? Przyglądam się dokładniej glazurze, coś mi świta, ale pytam jeszcze Siostrunię. Watsonie, ależ to elementarne! Na ścianie jest to samo co na podłodze - terakota i to zajebiście solidna. Wiertło zrobię na Kojaka zanim się przez to cholerstwo przewiercę. 
No to ryzyk fizyk, ostrzegłem inwestorkę, żeby się zaasekurować gdy zobaczy co się (najprawdopodobniej, jak sądziłem) stanie z płytkami kiedy uruchomię plan B. Przestawiłem na udar, małe obroty i duf-duf-duf! Jeden otwór, drugi, czwarty... wszystkie. W betonie szło łatwiej niż w tej cholernej terakocie! Do tego żadna z płytek nie pękła, choć otwory fi8 były ~3 cm od ich krawędzi; troszkę tylko ukruszyło się szkliwienie wokół krawędzi otworów. Ot, siurpryz.

_____________________________________
[1] Zasadniczo jest zasada, że w glazurze wierci się bez udaru, bo od wibracji pękają płytki.