No i koniec roku zajęć szkolnych (bo rok formalnie trwa do końca sierpnia). Gala na boisku poszła szybko i sprawnie. Wręczanie nagród dla uczniów było okazją do obserwacji, jak z ludzi wyłazi ich natura przy tak, wydawałoby się, drobnej czynności jak pisanie i wygłaszanie dedykacji. Jedni wychowawcy poszli tropem rzeczowego konkretu: "Nagroda dla Stasia Kowalskiego za bardzo dobre wyniki w nauce", ale niektórzy chyba pragnęli podnieść rangę chwili i wydarzenia mocą swej elokwencji. Tego nie dało się słuchać. Oni za to, jak się zdaje, uwielbiają się słuchać.
Bambini generalnie ubrane znośnie, a jak odnieść do aktualnych standardów okolicznych gimnazjów - to wręcz wytwornie. Jeden dżentelmen, który wkroczył w cokolwiek wytartych bermudach i czerwonej bejsbolówce padł ofiarą mojego oddzialywania pedagogicznego ("Słoneczko, to jest może strój galowy, ale na święto plaży, a nie koniec roku!".
Wygłosiłem krótką (jak sądzę) mówkę: pogratulowałem im wyników, że się cieszę, że jestem ich wychowawcą, że zupełnie nie kłóci się to z tym, że od czasu do czasu wobec ich zachowania mam ochotę wrzucić im do sali parę granatów, zamknąć drzwi i podskakiwać z radości, żeby wypoczęli i uważali na siebie i takie tam różne. Rozdałem świadectwa, oni mi złożyli podziękowania, od kwiatka się niestety nie wymigałem, prawie wszyscy wyszli, a ja dopiero wtedy...
Noszkurważeszmać!
...przypomniałem sobie o cukierkach dla nich. :-((( A miałem je już wsypane do salaterki, tylko sięgnąć ręką do biurka. Popsuło mi to humor bardzo. Tak chciałem zrobić im małą przyjemność na pożegnanie, a i to spieprzyłem. Alzheimer, psiakrew. Rozdałem tym co jeszcze zostali, ale i tak większość zabrałem z powrotem (część podrzuciłem komisji rekrutacyjnej).
Z podziękowaniami przyszło parę osób z paru (nie wszystkich) klas. I koniec. Szkoła opustoszała.
Długim pustym korytarzem poszedłem do sali rekrutacyjnej. Źle się czułem tam siedząc, jak nigdy wcześniej. Ludzie, z którymi pracuję od lat, ale obcy mi i obojętni, z którymi nie mam żadnego bliższego kontaktu, z którymi nie mam właściwie o czym rozmawiać, dalecy mi mentalnie.
Do tego minimalny ruch kandydatów. Błąd popełniony przez pewną osobę właściwie załatwił nas w tegorocznym naborze - w kluczowym momencie kiedy gimbusy wybierały szkołę do której miały złożyć papiery, myśmy byli pozbawieni naszego najważniejszego atutu, który mógł przyciągnąć do nas znośny materiał ludzki. Tymczasem w tym właśnie okresie nasza oferta odstraszała zamiast przyciągać, więc teraz mamy (jako szkoła tzw. pierwszego wyboru, czyli preferowana) w efekcie chętnych na mniej niż połowę miejsc. Dziś potwierdziło te deklaracje mniej niż połowa z nich, a koniec tego etapu rekrutacji ma miejsce w poniedziałek o 14.00. Wyniki tych, którzy jak dotąd potwierdzili wstępne deklaracje... khehm... nie zachwycają, oględnie rzecz ujmując. Jeśli to się utrzyma, nabór będzie katastrofalny, a praca dydaktyczna i wychowawcza z nimi będzie mordęgą. Szkoła zaś znowu zjedzie po równi pochyłej po której się porusza od lat.
Przesiedzenie w tych warunkach kilku godzin podziałało na mnie przygnębiająco.