Pokazywanie postów oznaczonych etykietą władcy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą władcy. Pokaż wszystkie posty

sobota, 24 marca 2012

Pochwała akumulatora

Kolejny tydzień pracy przeleciał jak oka mgnienie. Mało snu, sporo napięcia. Klasy trzecie szykują się do wylotu, trzeba było oceny przewidywane powystawiać. I zebranie z rodzicami było, a to zawsze niewiadoma - czy się jakiś ciężki przypadek nie trafi. Bo trafiają się. W praktyce nauczyciel jest w takiej konfrontacji osamotniony, co nie poprawia samopoczucia. A kiedy się uczy w dziesięciu czy więcej nawet klasach, to prawdopodobieństwo takiego trafienia robi się spore.
Z każdym kolejnym zebraniem rysuje mi się  troszkę niepokojący obraz "moich" rodziców (tzn. mojej klasy). Najbardziej słyszalny jest ton: wymagać i rację ma nauczyciel. Inne podejście albo milczy albo nie przerywa się do mikrofonu.
Zaczyna mi kiełkować podejrzenie, że moje dzieciaki miały chyba sporo szczęścia trafiając na taką parę wychowawców którzy "przewodzą na ciepło", a nie tylko "za kark itd. wedle klasyka".
Przy wysokim poziomie infantylności dzieciaków nauczyciel "przewodzący na zimno" pozamyka i zrazi oraz na dłuższą metę raczej wywoła napięcia niż zbuduje owocną więź z klasą. W klasie męskiej ten efekt może być nawet spotęgowany. 

Może kiedyś napiszę o tym coś więcej, bo na razie to nie mam pomysłu jak to ująć, żeby nie wyszło, że brutalnie jadę po niektórych koleżankach. W każdym razie jestem głęboko przekonany, że rozdawanie wychowawstw powinno być poprzedzone staranną analizą psychologiczną (nie mam na myśli jakichś specjalistycznych badań, tylko po prostu wnikliwe przyjrzenie się sprawie od tej strony). Wychowawca musi typem osobowości pasować do klasy. Podobnie - nauczyciele przedmiotów "strategicznych" (tzn. maturalnych oraz uczonych przez więcej niż rok i w większym wymiarze godzin).

Żeby nie było, że tylko smęcę, to były i momenty sympatyczne. W piątek usłyszałem od kilku uczniów (po różnych lekcjach), że "Lekcja była super!" i "Psorze, ekstra było!". Chyba się nie nabijali. :-P 
Fakt, że tematy podeszły - dobrze nadawaly się do ukazania tego na co zwracam dzieciakom szczególną uwagę: na zachowania ludzi, na psychologię, na to co ludźmi powodowało, jakie podejmowali decyzje, czym motywowane; ukazuję im, że bez względu na kostium historyczny ludźmi rządzą te same emocje co dzisiejszymi. Że na przykład między Władysławem Warneńczykiem i kibolem było więcej wspólnego, niżby się z pozoru mogło wydawać. Faktografia pełni u mnie rolę jedynie pomocniczą - porzadkującą narrację.

Niektórym to się podoba. Ale też i wydatek energetyczny na takich lekcjach jest potężny, nieporównywalny ze stylem "Proszę przeczytać rozdział VI i wykonać zadania na końcu od 1. do 5. Hmmm, gdzie ja postawiłam moją kawę?" Po paru lekcjach jestem jak rozładowany akumulator. Ludzie, którzy nie pracowali jako nauczyciel nie mają pojęcia jak bardzo energochłonny to zawód.

sobota, 25 lutego 2012

O Łokietku i bajaderce

W potocznej świadomości tych nielicznych, którzy coś tam jeszcze kojarzą z historii to jednak całe połacie chwastów szumią dziarsko. Te chwasty to fałszywe obrazki z naszej przeszłości, wysiane z ziaren propagandy, ograniczoności i bieżących potrzeb politycznych. Mimo że badania historyczne przez ostatnie sto lat poszły mocno do przodu, nadal powielane są oklepane obrazki wymalowane w innej rzeczywistości historycznej.

Nadal większość elitarnej mniejszości kojarzącej [1] kto to był Tadeusz Kościuszko będzie sądzić, że to był wielki wódz i bohater oraz ogólnie postępowy gość, co chłopom chciał zrobić dobrze.[2] Batorego zaliczą do naszych największych władców, a Łokietka zlajkują bo Polskę zjednoczył.

W szkole historia właśnie staje się (o ile już się nie stała) tzw. michałkiem, czyli przedmiotem uznawanym za nieprzydatnego wypierdka, którego uczyć się nie warto a oceny z niego to powinny być z automatu piątki i szóstki. Jest to niewątpliwie uroczy przykład rozjeżdżania się biurokratycznej wizji z rzeczywistością. 

Z jednej strony system oświatowy i środowisko przekonują skutecznie, że historia jest nieprzydatna i niepotrzebna, a w życiu trzeba przecież kaskę tłuc i wyrażać swą osobowość. Widać to po danych z matur - z roku na rok spada liczba zdających historię. Młodzi ludzie bystro odczytują te nieoficjalne sygnały i odrzucają w swych wyborach egzaminacyjnych historię.

Z drugiej zaś strony oficjalne deklaracje (polityków zwłaszcza) gromko głoszą potrzebę uczenia historii i władza posuwa się do zwiększenia wymiaru godzin przeznaczonych na historię w LO z 5 do 6 w cyklu. Jednocześnie michałkuje się ją jeszcze bardziej, rezerwując 4 z tych 6 godzin na enigmatyczny blok "Historia i społeczeństwo", który jawi mi się jako bajaderka, a więc ciastko w którym spodziewalne są dwa elementy: podkład z ciasta biszkoptowego  lub półkruchego i polewa pseudoczekoladopodobna, zaś między nimi niezidentyfikowana mieszanina "wszystkiego co spadło na podłogę cukierni".[3] Podobieństwo wyraża się w tym sensie, że będzie się wymagać robienia czegoś-to-tam z historii Polski oraz reszty ze swobodnego wyboru danego nauczyciela, dokąd by go fantazja nie poniosła.

Więc Kościuszek, Łokietek i inni mogą spoczywać spokojnie - ich mitowi nic nie grozi. Ludek ciemnym pozostanie.

_________________________________
[1] Mniejszości, bo reszta ma wiedzę historyczną na poziomie panierowanej krewetki. I dzięki różnym zachodzącym zmianom, między innymi - systemowym, ta reszta rośnie z roku na rok.

[2] Nie zdziwiłbym się gdyby wyżej wspomniana "reszta" po przeczytaniu tego fragmentu uznała, że Kościuszek to gej był i to aktywista. Byłoby to w klimacie współczesnej wiedzy historycznej narodku naszego.

[3] To żart taki. Ale z tego co słyszałem, to w gruncie rzeczy tylko pół-żart. ;-)

czwartek, 14 lipca 2011

Naprawiaczom świata


Francuzi właśnie świętują dziś rocznicę swojej Wielkiej Rewolucji (dla niedomyślnych - Francuskiej). Żadna okrągła, ale prowokuje do refleksji. Generalnie przeważa pozytywny obraz tego procesu: lud zerwał się do boju o sprawiedliwość i lepsze jutro i po ciężkich walkach obalił zmurszałe gmaszysko feudalizmu tworząc podwaliny dla przemian kapitalistycznych i demokratycznych w Europie i nie tylko. Jeśli komuś starszej daty zalatuje to na pąsowo, to słusznie - bo tak to przedstawiano za nieboszczki komuny i tak na ogół się to prezentuje i dziś, może z pewnymi modyfikacjami. Za utrwalanie takiego obrazu WRF odpowiadają silne na zachodzie Europy sympatie lewicowe w środowiskach akademickich.

Jednocześnie od dawna prawica pomstuje, że to ociekająca fałszem ideologiczna laurka, będąca wybornym przykładem manipulacji historią, ale jakoś jej głos jest słabiej słyszalny i jej wersja WRF nie bardzo się przebija do świadomości społecznej. Trudno przy tym nie zauważyć, że prawicowa reakcja [1] często prowadzi do odmalowania obrazu WRF utrzymanego w tak smoliście czarnych barwach, że budzi niesmak człowieka oczekującego jakiegoś obiektywizmu od opracowania historycznego. Mamy więc na ogół do wyboru dwie skrajne i wykluczające się opisy tego samego procesu historycznego, często pisane z jednakowym zacietrzewieniem. A pośrodku - pustawo.

Czy rewolucja we Francji była nieunikniona? Nie, zmiany można było wprowadzić na drodze reform. Czy zmiany były konieczne? Tak, system społeczno-polityczny zwany feudalizmem wyczerpał swój potencjał i zaczął hamować rozwój społeczeństwa. Dlaczego więc doszło do wybuchu rewolucji, a zwłaszcza jej eskalacji? Bo siły które zaczęły cała imprezę (zamożniejsza burżuazja) okazały się zbyt słabe, żeby ją zakończyć w momencie osiągnięcia sukcesu - utworzenia monarchii konstytucyjnej, dającej im wpływ na rządy i swobodę działalności gospodarczej. Jednocześnie były atakowane ze strony radykałów, którzy nie chcieli zatrzymywać się w tym miejscu i odurzeni ideami parli do dalszych zmian[2] oraz króla, który pragnął powrotu do starego porządku.

Gdyby Ludwik XVI nie był takim rozpaczliwym bałwanem, prawdopodobnie do rewolucji by nie doszło. Patrząc na jego postępowanie w tamtych czasach trudno się oprzeć wrażeniu, że miał wyjątkowy talent do chrzanienia wszystkiego co można było schrzanić. Chwiejny, niekonsekwentny i po prostu głupi. Był poczciwym człowiekiem, wrogo nastawionym do rozlewu krwi, kochającym mężem i ojcem, życzliwie nastawionym do ludzi, w gruncie rzeczy sympatycznym gościem. Ale w polityce, a zwłaszcza na czele państwa potrzeba czegoś więcej, zwłaszcza odrobiny konsekwencji i choć grama mózgu! Zgubił siebie, żonę, syna, siostrę i kilkaset tysięcy Francuzów, którzy nie przeżyli WRF, oraz przetrącił kręgosłup mocarstwowości swego kraju.[3]

Gdyby Ludwik XVI zaakceptował konstytucję i szczerze zaangażował się w jej stosowanie, WRF skończyła by się w 1791. Ocalił by Francję, rodzinę i życie. Okazał się dość silny by storpedować konstytucję, ale zbyt słaby, żeby przywrócić rządy rewolucyjne. W rezultacie można powiedzieć, że dwie siły mogące zakończyć całą awanturę i nie dopuścić do władzy krwawych radykałów wykończyły się wzajemnie torując drogę jakobinom z ich Wielkim Terrorem.

Przywódcy jakobinów z Maximilienem de Robespierre przywodzą na myśl ucznia czarodzieja, który uznał, że świeżo nabyta umiejętność czytania w zupełności wystarczy do tego, żeby się dorwać do księgi zaklęć i przystąpić wedle swego uznania do naprawiania świata. Sęk w tym, że oprócz sposobności i pewności siebie, potrzebna jest też wiedza i rozum, a rzadko kiedy ten kwartet gra razem. Kiedy zabraknie któregoś z drugiej pary, rezultaty są szczególnie opłakane, a niekiedy katastrofalne. Po cóż daleko szukać, popatrzmy na świat naszej polityki i władzy - iluż tam takich właśnie uczniów.[4] Gdyby ci ludzie pustoszyli tylko swoje życie, to można by machnąć ręką - ich sprawa, ale nieszczęście polega na tym, że oni demolują życie innych. A jak mają okazję to i je odbierają.

Jakobini (i inni) nie widzieli nic sprzecznego w łączeniu wiary w cnotę [5] z terrorem dla jej umocnienia i rozpowszechnienia. Terrorem rozumianym w sposób skrajnie prymitywny - jako fizyczna eksterminacja ludzi. Wielu się wydaje, że w czasie WRF egzekucje dotykały w zasadzie wrogów rewolucji, czyli głównie szlachtę i arystokrację, księży i trochę innych, którzy wystąpili przeciw władzom rewolucyjnym. Nic bardziej błędnego - beneficjenci ancien regime'u, czyli dawne wartwy uprzywilejowane stanowiły nikły odsetek wśród ofiar, ponad 90 % zamordowanych to byli przedstawiciele owego "ludu", dla którego dobra robiono rewolucję. Co trzeba było zrobić, żeby stać się ofiarą rewolucji? "...swoim postępowaniem, kontaktami, słowami, albo w swoich pismach okazać się zwolennikiem tyranii, federalizmu albo wrogiem wolności." Jakież precyzyjne określenie czynów zabronionych, prawda?

W praktyce wystarczyło też urodzić się dzieckiem szlachcica lub arystokraty; bycie jednocześnie czynnym rewolucjonistą nie chroniło przed gilotyną. Wystarczyło pełnić jakąś ważną funkcję.[6] Albo wypełniać należycie swe obowiązki.[7] Albo urodzić się w niewłaściwej prowincji, jak mieszkańcy Wandei, zmasakrowani przez "kolumny piekielne" - oddziały wojsk rewolucyjnych pacyfikujące miasta i wioski przez wymordowanie w makabryczny sposób mieszkańców bez względu na płeć i wiek i spalenie zabudowań, zbiorów i zasiewów.[8] Albo chociaż znaleźć się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie. [9] Orzeczenia o winie miały zapadać na podstawie sumienia a nie materialnych dowodów, które były traktowane jako miły dodatek, ale zupełnie niekonieczny.

Obrońcy WRF zwykle wytaczają na usprawiedliwienie terroru argument, że Francja była otoczona przez wrogów i było to konieczne. Zadziwia bezczelność i tupet takiej argumentacji! Przecież to oni sami doprowadzili do tego zagrożenia Francji. Gdyby nie rewolucja, inne państwa nie ruszyłyby na Francję zbrojnie. Gdyby nie gwałty i wywracanie do góry nogami dotychczasowego porządku w kraju, ludzie nie występowaliby przeciw władzom rewolucyjnym. Kontrrewolucja jest zawsze dzieckiem rewolucji. A tu mamy do czynienia z próbą usprawiedliwienia rewolucjonistów w taki sposób, jabkby morderca twierdził, że jego ofiary są same sobie winne, bo stawiły mu opór kiedy włamał się do ich domu.

Mój Boże, ileż zła trzeba popełnić, żeby zapanowało dobro...

Ale, ale...! "Zapanowało"? I koniec? I wszyscy będą żyli długo i szczęśliwie? Cóż za naiwność.

Zajrzyjmy do Robespierre'a.
Według niego były następujące przeszkody w osiągnięciu wolności:
1) Wojna domowa i z wrogiem zewnętrznym.
2) Ciemnota ludu.
Tę pierwszą da się skończyć "Kiedy ukarze się zdrajców i spiskowców, a zwłaszcza tych deputowanych i urzędników, których nalezy za to winić; kiedy wyśle się oddziały patriotów pod przywództwem patriotów, by się rozprawili z arystokratami w Lyonie, Marsylii, Tulonie, Wandei, Jurze i wszystkich innych okręgach, gdzie wzniesiono sztandary rojalizmu i rebelii, i kiedy się dla przykładu strzaszliwie ukarze wszystkich zbrodniarzy, którzy zniewazyli wolność i przelali krew patriotów."
A kiedy lud będzie wykształcony, czyli kiedy przestanie być "ciemny"? "Nigdy."

I pozamiatane - rewolucjoniści będą rządzić do końca świata (który wówczas może nastapić trochę szybciej niż w innych scenariuszach). Bo przecież w nich jest samo dobro. A nie, przepraszam, to ostatnie to nie Robespierre, tylko J.Kaczyński. W historii tak naprawdę działają nie ludzie, a mentalności.
______________________________________________
[1] Oczywiście, że reakcja jest zawsze wstrętna, paskudna i prawicowa, ale tu chodzi o reakcję w sensie zachowania.


[2] Są doskonałym przykładem co się dzieje, kiedy ludzie zostają pozbawieni ograniczeń i hamulców. Mieli idee, mieli ich swoiste interpretacje, ale cel działań był zdefiniowany tak mgliście, że działanie przysłoniło dążenie do celu. Cel stał się sloganem, usprawiedliwiającym wszelkie poczynania. Odrzucili stare zasady, bo były stare, a więc godne potępienia, ale nowych nie wypracowali. Tym samym pozbawili się zabezpieczeń przed czynieniem zła. Wierzyli (humanistycznie) we wrodzoną dobroć natury ludzkiej, a swoim działaniem skompromitowali tę tezę. Pozbawiwszy się hamulców czynili straszliwe zło, będąc przekonanymi, że reprezentują cnotę.


[3] Co ciekawe, we wszystkich trzech wielkich rewolucjach: angielskiej, francuskiej i rosyjskich powtórzył się podobny element - ograniczony i uparty jak osioł władca. Karol I Stuart, Ludwik XVI Burbon i Mikołaj II Romanow - każdy z nich odrzucał potrzebę zmian i koniecznie chciał, żeby wszystko zostało po staremu. Tylko Stuart nie pociągnął za sobą w otchłań swoich najbliższych.


[4] Zadziwia mnie skłonność naszych rodaków do wybierania ludzi ze specyficznej grupy: rwą się do rządzenia sprawami publicznymi, czyli NAMI, choć ich osobisty dorobek życiowy wskazuje na daleko posuniętą nieudolność lub przynajmniej niezaradność - albo toną w długach, albo szczycą się nie posiadaniem żadnego majątku (to co oni w życiu robili???), albo nie widzą nic niewłaściwego, żeby po pięćdziesiątce żyć nadal na garnku i pralce mamusi, nie posiadając konta w banku i nie tykając kompa.


[5] Nie w sensie potocznym, który dziś kojarzy się z seksem, lecz w znaczeniu prawości, szlachetności, dobra.


[6] Jak np. markiz Mandat de Grancey, który miał pecha być dowódcą ochrony pałacu tuileryjskiego. Ponieważ Danton szykował szturm na pałac i uwięzienie rodziny królewskiej, postanowił zdezorganizować ochronę przez usunięcie jej komendanta - de Granceya zwabiono do ratusza i w biały dzień przed wejściem zastrzelono z zimną krwią na oczach syna.


[7] Jak kilkuset Szwajcarów służących w regimencie piechoty ochraniającym króla w Tuilleries. 10 września odparli szturm motłochu i na rozkaz Ludwika XVI złożyli broń, bo król nie chciał rozlewu krwi. Dowódca Szwajcarów wiedział co się za chwilę stanie i krzyknął do króla z rozpaczą: "Wasza Królewska Mość skazał moich ludzi na śmierć!". Ale król był przecież dobrym człowiekiem. Motłoch rzucił się na bezbronnych Szwajcarów i wymordował wszystkich, ciała odarł z ubrań i sterty nagich zwłok spalił na pałacowym dziedzińcu. Jeden pluton przebił się do miasta i osaczony w jakimś zaułku bronił się do wyczerpania amunicji, by w końcu podzielić los swych towarzyszy.


[8] Te "kolumny piekielne" to tacy rodzice hitlerowskich Einsatzgruppen mordujących Żydów za to że byli Żydami. Nawet rozkazy były podobne: "Każdy Wandejczyk i każda Wandejka, niezależnie od wieku, są winni i zasługują na śmierć, gdyż pochodzą z Wandei" - dekret Konwentu.


[9] Jak kilkudziesięciu chłopców w wieku 12-18 lat zabitych w zakładzie Bicêtre, kiedy w czasie masakr wrześniowych wtargnął tam żądny krwi motłoch. Albo pechowiec, który przez pomyłkę został doprowadzony przed oblicze Trybunału Rewolucyjnego; prokurator Fouquier-Tinville spokojnie dopisał go do listy skazanych na śmierć ze słowami "Skoro już tu jest, to możemy go również ściąć." Był to w ogóle bardzo sumienny urzędnik - kiedy miano skazać człowieka o nazwisku Castellane, okazało się, że jest kilku o tym nazwisku. Dla pewności skazał na śmierć wszystkich.

sobota, 18 czerwca 2011

Krwawy koniec Empire'u

Dziś mija 196. rocznica bitwy kończącej epopeę napoleońską. Znamy ją jako bitwę pod Waterloo [1], choć tak naprawdę ta miejscowość niewiele miała z bitwą wspólnego - mieścił się tam lazaret armii angielskiej. Dwie bardziej odpowiednie nazwy, nawiązujące do miejscowości obok których walczono nie przebiły się do świadomości ogółu, gdyż historię piszą zwycięzcy. Francuzi nazywają ją bitwą pod Mont Saint Jean, zaś Prusacy proponowali nazwę "pod La Belle Alliance". Anglicy stanowili najmniej liczną spośród trzech nacji walczących w bitwie, ale jak widać mieli większość wśród propagandystów. Warto wspomnieć, że w bitwie walczyli również Polacy (głównie po stronie francuskiej), ale oni własnej nazwy nie zaproponowali.

Klęska w tej bitwie przekreślała nadzieje Napoleona na trwałość powrotu do władzy, utraconej w wyniku serii porażek w latach 1812-14. Dla nas, Polaków, oznaczała także definitywne zniknięcie ze sceny jedynego przywódcy europejskiego doby zaborów, rzeczywiście zainteresowanego odbudową państwa polskiego. Napoleon był naszą jedyną szansą na przekreślenie rozbiorów. Wydawało się przez kilka lat, że takim drugim politykiem może być cesarz Rosji Aleksander I Romanow, ale szybko odpłynął w zdewociały odlot a nie było już w Petersburgu nikogo zainteresowanego kontynuowaniem tego dzieła pt. polski eksperyment demokratyczno-konstytucyjny w despotycznej Rosji.

Przegrana Napoleona jest dla bonapartystów wszelkiej maści tym bardziej przykrą, że nie tylko przegrał ich idol, ale że do tej porażki sam się mocno przyczynił. To nie był wynik losowego zdarzenia, na które człowiek nie ma wpływu, nie była to żadna vis maior. To była seria błędów, dowodząca że "bóg wojny" dał jeden ze swych najgorszych występów w karierze.
Interesujące jest, że każdy z trzech dowódców armii w kampanii belgijskiej 1815 r. popełnił poważne błędy, które mogły sprowadzić nań klęskę, ale niestety to cesarz popełnił ich najwięcej i najbardziej brzemiennych w skutki. [2]

Marszałek Arthur Wellesley, ks.Wellington:
1) Nie rozpoznał na czas francuskiej ofensywy, w rezultacie francuskie uderzenie 16. czerwca zastało go z nieskoncentrowaną armią rozrzuconą na rozległym obszarze. Niebezpieczeństwo polegało na tym, że jego armia mogła być niszczona częściami przez stale przeważającego przeciwnika.
2) Nie docenił początkowo znaczenia skrzyżowania dróg w Quatre Bras, co groziło całkowitą izolacją jego armii od sojuszniczej pruskiej i rozbiciem ich w samotnych walkach z Napoleonem.
3) Przyjął bitwę z cesarzem 18. czerwca na bardzo ryzykownych warunkach:
a) nie zgrupował wszystkich swoich sił - odesłał na zachód 22% wojsk, dla osłony drugorzędnego kierunku.
b) przyjął bardzo optymistyczne założenie, że już przed południem nadejdą Prusacy. Tymczasem nadeszli dobrze po południu (ok. 16.30 korpus Bülowa i ok. 19.00 korpus Zietena). W dodatku nie mógł wiedzieć, że Napoleon zdecydował się opóźnić rozpoczęcie bitwy o dwie godziny. Gdyby cesarz tego nie uczynił, cała kalkulacja Wellingtona byłaby funta kłaków nie warta.
c) znając okolice (rozpoznał ją pod kątem przydatności taktycznej już w 1814 r.) zupełnie nie wziął pod uwagę stanu terenu na osi pruskiego marszu - był bardzo ciężki i należało się spodziewać, że dotarcie na pole bitwy zajmie Prusakom o wiele więcej czasu, niż to Wellington założył.
Marszałek Gebhard ks. Blücher von Wahlstatt:
1) Nie rozpoznał na czas rozpoczęcia francuskiej ofensywy, w rezultacie został zaskoczony z nieskoncentrowaną armią - 16. czerwca pod Ligny miał tylko trzy z czterech korpusów.
2) Bezkrytycznie wierzył Wellingtonowi, że ten osłoni jego prawe skrzydło w trakcie bitwy pod Ligny i uderzy na francuską flankę. Anglicy się w ogóle nie ruszyli, w rezultacie Blücher bił się samotnie. [3]
3) Pod Ligny dowodził szablonowo i bez polotu, w rezultacie dał się pobić równemu (liczebnie) przeciwnikowi, nieefektywnie zużywając swe siły w lokalnych starciach.

Napoleon Bonaparte, cesarz Francuzów:
1) Podjął kiepskie decyzje personalne:
a) szefem sztabu mianował Soulta, choć ten nie miał w tym doświadczenia, zamiast mianować go dowódcą lewego skrzydła (przeciw Wellingtonowi) z racji jego doświadczenia w walkach z Anglikami w Hiszpanii.
b) zostawił w Paryżu swojego najlepszego taktyka - Davouta. To zresztą był dyżurny błąd Napoleona, który  wybitnie małostkowo wykorzystywał jedynego marszałka dorównującego mu talentem. Przykre że z tego wielkiego człowieka wyłaził tutaj mały zawistnik.
c) powierzył praktycznie samodzielne dowództwo taktyczne Neyowi, co było fatalnym posunięciem, bo "Rudzielec" najwyraźniej był w psychicznym kryzysie. Poza tym wybór Neya wskazuje na to, że Napoleon postawił na brutalną siłę zamiast na taktyczne wyrafinowanie - Ney miał lękliwość i subtelność tarana.[4]
2) Źle rozpoznał siły pruskie pod Ligny - nie od razu zorientował się, że ma przed sobą trzy korpusy zamiast jednego i zaatakował nie mając dostatecznej przewagi.
3) Samo poprowadzenie bitwy też było mało wyrafinowane - głównie bicie na wprost. Nie potrafił skoordynować działań Neya i korpusu Droueta d'Erlona - nie zapanował w tej sprawie ani nad Soultem, ani nad Neyem, którzy zawiedli.
4) Źle ocenił rezultaty bitwy pod Ligny - uznał, że armia Blüchera została rozbita, gdy tymczasem została tylko niegroźnie pobita i zachowała sprawność. Zwlekał z uruchomieniem pościgu za Prusakami, co pozwoliło im się szybko pozbierać i przejść do działań zaczepnych.
5) Źle podzielił swe siły 17. czerwca: pogwałcił zasadę ekonomii sił, nakazującą gromadzić maksimum sił dla wykonania zadania głównego (tu: rozbicie Anglików) a minimum sił dla zadania pobocznego (tu: pościgu za Prusakami). Jeśli przyjąć, że Prusacy są rozbici, to wydzielenie Grouchy'emu do pościgu 1/3 armii było o wiele za dużo. Jeśli zaś przyjąć że tylko pobici, to należało "trzymać karty przy orderach" i całością sił uderzyć na Anglików, żeby rozbić ich jak najszybciej, zanim Prusacy zdążą im przyjść z pomocą. W tym drugim przypadku, siły które dostał Grouchy mogłyby pod Mont Saint Jean być użyte stosownie do potrzeb: Prusaków jeszcze nie ma - atakują Anglików, Prusacy nadchodzą - opóźniają Bluchera i pozostają w łączności z resztą armii dając czas na dorżnięcie Wellingtona.
6) Napoleon nie wiedział, że Wellington odesłał na inny teren 1/5 swych sił, więc trudno zrozumieć, jak zamierzał wygrać idąc do bitwy z przeciwnikiem dysponującym dużą przewaga liczebną nad jego armią. Wydaje się, że potraktował Wellingtona (i armię angielską) wybitnie lekceważąco, a to bardzo poważny błąd w dowodzeniu.
7) Samo dowodzenie Napoleona w bitwie 18. czerwca było niegodne jego geniuszu - schematyczne do bólu czołowe uderzenia, bez krztyny wyrafinowania taktycznego, bez próby zaskoczenia przeciwnika. Co tu owijać w bawełnę: prostackie to było. Jak młócka cepem zamiast zwinnego fechtunku. Przykre.

Potocznie uważa się, że los Napoleona rozstrzygnął się 18. czerwca pod Mont Saint Jean, ale w rzeczywistości nastąpiło to 16. czerwca pod Ligny, kiedy nie udalo mu się zniszczyć Prusaków i ci zadali mu cios śmiertelny przybywając z odsieczą Anglikom. A najpóźniej sprawa się przesądziła 17. czerwca, kiedy 1/3 francuskich sił oddalała się od Napoleona, który dał marszałkowi Grouchy'emu niewłaściwe rozkazy. 18. czerwca, kiedy zagrzmiały angielskie i francuskie działa było już za późno na powrót Grouchy'ego i ocalenie Francuzów od klęski. Napoleon przegrał swą ostatnią bitwę zanim się ona rozpoczęła. Ot, ironia losu.
______________________________________________
[1] Zabawne jest jak co bardziej "światowi" rodacy wymawiają nazwę z angielska "łoterlo" czy pragnąc zaimponować swą angielszczyzną "łoterluu". Sęk w tym, że to miejscowość w walońskiej Belgii, więc raczej fonetyka bardziej romańska byłaby odpowiedniejsza.
[2] Anioł stróż to gość cierpliwy i wyrozumiały, ale jak ktoś przegnie, to i jemu skrzydła opadają.
[3] Bierną operacyjnie postawę armii angielskiej pod Quatre Bras trudno przecież uznać za odciążanie Bluchera.
[4] Na tym się jego wojskowe talenta w zasadzie kończyły. 

poniedziałek, 11 kwietnia 2011

Jan III Sobieski


Jana III Sobieskiego uważamy za jednego z lepszych królów polskich. No bo Turków pobił i Wiedeń ocalił. No i pomnik ma w Łazienkach. I w Wilanowie też ma. 

Jak się wydaje to że przyjął się pozytywny wizerunek tego władcy jest skutkiem paru czynników:
1. Był to ostatni władca Polski odnoszący zwycięstwa wojenne.
2. Był to ostatni władca Polski, za którego panowania Rzeczpospolita była jeszcze podmiotem polityki europejskiej, a nie przedmiotem.
3. Czasy w których jeszcze odnosiliśmy sukcesy były z oczywistych względów idealizowane pod zaborami, kiedy naszego państwa w ogóle nie było.
4. Grunt pod wyidealizowany obraz króla Jana został przygotowany jeszcze za jego życia w przemyślanych długofalowych działaniach propagandowych prowadzonych przez jego dwór.

Niestety idealizacja w oczywisty sposób rozmija się z obiektywizmem. W efekcie obraz króla jest tyleż optymistyczny i sugestywny, co nieprawdziwy.

Kiedy zaczniemy się przyglądać jego polityce zagranicznej uderza jej chaotyczność. Co parę lat mamy zdecydowaną zmianę kierunku. Trzyma z Paryżem, porzuca go na rzecz Wiednia, po kryjomu zaczyna znowu znosić się z Francuzami, po drodze kombinuje z Moskwą, Szwecją i Węgrami, w tle wojna z Turcją, podejmuje akcję przeciw Brandenburgii. Ktoś powie: szukał okazji do korzyści Rzplitej, na tym polega polityka; w końcu Kazimierz Wielki też działał na wielu frontach. Owszem, tylko że działania Sobieskiego to biegunka koncepcji: zaczynał i nie potrafił dokończyć, porzucał i gonił za następną. Co gorsza, motywacją w coraz większym stopniu był interes dynastyczny, czyli korzyść własnej rodziny, zaś interes Rzeczypospolitej schodził na plan dalszy, dobrze jak się akurat przypadkiem składało, że były tożsame. W gruncie rzeczy Sobieskiemu nie udało się uwieńczyć powodzeniem żadnego ze swoich większych przedsięwzięć w polityce zagranicznej. Nawet jak się zdarzył sukces, to zaraz był kontrowany porażką. [1]

W polityce wewnętrznej też działania królewskie budzą smutek. Faktem jest, że od początku miał przeciw sobie potężną opozycję, właściwie jeszcze sprzed koronacji. Ale w dużym stopniu sam ją sobie wyhodował występując jako filar stronnictwa francuskiego, które chciało wprowadzić w Polsce rządy absolutne, czyli zniszczyć demokrację. Można wprawdzie machnąć na to ręką przypominając, że dla władcy opozycja to zjawisko normalne. Jednak uderzać musi co innego: w stronnictwie dworskim za panowania Sobieskiego trudno znaleźć wybitniejsze postacie ówczesnej sceny politycznej. Nawet jak się w pewnych okresach trafił jakiś przedstawiciel znaczniejszego rodu, to długo miejsca w ekipie rządzącej nie zagrzał, rychło przechodząc do opozycji. Zadziwia ta nieumiejętność przyciągania i utrzymania po swojej stronie polityków pierwszej ligi. To w dużym stopniu tajemnica nieskuteczności różnych działań Sobieskiego - nie miał odpowiednich graczy w swojej drużynie. 

Świetnym przykładem nieudolności polityki personalnej króla była sprawa kanclerstwa litewskiego. Kiedy pieczęć wielka zawakowała rozum podpowiadał by oddać ją podkanclerzemu Radziwiłłowi, żeby zjednać sobie ten potężny ród jako przeciwwagę dla filaru opozycji - Sapiehów. Tymczasem Sobieski oddał pieczęć wielką Ogińskiemu z rodu zacnego, ale o minimalnej sile. Efekt? Wściekły z pominięcia w awansie [2] Radziwiłł przeszedł na stronę opozycji, a wkrótce za nim podążył i Ogiński rozsądnie wolący nie zadzierać z Sapiehami. Brawo! Brawo!

Pomysły dynastyczne Sobieskiego, zrozumiałe z czysto psychologicznego punktu widzenia, w tym i szykowanie ukradkiem elekcji vivente rege, budzą zdziwienie u króla wywodzącego się z polskiej elity politycznej. Cudzoziemcowi można by wybaczyć ignornację w tym zakresie, ale przecież Polak musiał wiedzieć, jak szlachta zareaguje na coś takiego! Po aferze z królem Janem II Kazimierzem i jego planami tejże elekcji, podejmowanie tego tematu to było sambójstwo polityczne, a co najmniej paraliż rządów. Oczekiwanie, że szlachta z trudem radząca sobie z kryzysem (gospodarczym i politycznym) państwa wyniszczonego wojnami, coraz bardziej sfrustrowana nieudolnie prowadzoną wojną z Turcją, będzie ochoczo płacić dodatkowe pieniądze na to by syn króla dostał na własność jakieś księstwo [3], to była naiwność, a ta zaś w polityce jest ciężkim grzechem, za który się ciężko płaci.

A były pilniejsze sprawy - odbudowa zdewastowanej Rzeczypospolitej. Przy okazji odbudowy dałoby się zapewne i przeprowadzić jakieś reformy. Jak sobie poradzić z opozycją magnacką pokazał August II Mocny dyskretnie podpuszczając szlachtę, która rozniosła Sapiehów w regularnej bitwie pod Olkiennikami (nawiasem mówiąc Sas też to kompletnie zmarnował). Mogliśmy powitać XVIII wiek w dużo lepszej formie. Kto wie?
____________________________________________
[1] Nawet wiktorię wiedeńską skwitował zaraz klęską pod Parkanami, gdzie uratowały nas dopiero wojska cesarskie.

[2] Zwyczajowo było przyjęte, że podkanclerzy szedł na kanclerstwo, choć oczywiście bywały wyjątki.

[3] Prusy dla Kubusia.

sobota, 4 grudnia 2010

Na stos rzuciliśmy milionów los! Na stos!


W mijającym tygodniu mieliśmy piękną okrągłą rocznicę Nocy Listopadowej - 180 lat, kawał czasu. Z uczuciem niejakiej ulgi zauważyłem, że nie było żadnych hucznych obchodów, wielkiej fety i bombastycznych przemówień VIPów. I bardzo dobrze. Bo to były mocno kontrowersyjne wydarzenia.

Noc Listopadowa to zbrojne wystąpienie grupki członków tzw. sprzysiężenia Wysockiego, młodszych oficerów, studentów i innych cywilów, przeciw władzy carskiej uosabianej przez wielkiego księcia Konstantego Pawłowicza. Miało miejsce w nocy z 29 na 30 listopada 1830 roku. Od tego wystąpienia zaczęło sie tzw. Powstanie Listopadowe, którego druga faza powinna być właściwie nazywana wojną polsko-rosyjską 1831 r.

Wysocki z nazwy spisku, to Piotr, porucznik piechoty, instruktor ze Szkoły Podchorążych kształcącej przyszłych oficerów piechoty armii Królestwa Polskiego, zwanego potocznie Krolestwem Kongresowym.[1] Niewątpliwie gorący patriota i szczery Polak, przypuszczalnie dobry człowiek. Niestety to chyba wszystkie pozytywy jakie można o nim napisać, bo przede wszystkim był człowiekiem bardzo ograniczonego umysłu, z perspektywy czynu na który się porwał - był po prostu kompletną miernotą. I on i jego towarzysze chcieli wolnej, niepodległej Polski, której nie widzieli - i słusznie - w Królestwie Polskim. Było to kadłubowe państewko polskie, stanowiące ledwie ułamek dawnej przedrozbiorowej Rzeczypospolitej, zależne od Rosji, z którą było związane unią personalną. [2] Symbolem carskiej samowoli i pogardy dla prawa była postać brata carskiego, wlk. ks. Konstantego, który nie piastując żadnego formalnego, konstytucyjnie umocowanego stanowiska szarogęsił się wykorzystując swe nieformalne wpływy jako dowódca armii polskiej. Jego kuriozalne popisy stanowiły obrazę dla cywilizowanych obyczajów i porzadku prawnego, ale faktem jest, że w miarę upływu czasu książę mocno złagodniał, a do Polaków i Kongresówki mocno się przywiązał. [3]

Starsi ludzie tworzący elitę polityczną i wojskową Królestwa pamiętali czasy kiedy Polski w ogóle nie było na mapie, pamiętali też klęskę Wielkiej Armii Napoleona Bonaparte idącego w 1812 r. na drugą wojnę o Polskę przeciw Rosji. Dlatego doceniali Królestwo Kongresowe - było to jednak państwo z polskim rządem, polskim parlamentem, polską administracją i sądownictwem, polskim wojskiem i polskim szkolnictwem. Oprócz króciutkiego epizodu Księstwa Warszawskiego z lat 1807-1812 była to jedyna wysepka polskości w całym okresie zaborów. To nie było mało. Tym bardziej, że było to państewko bardzo nowocześnie zorganizowane i będące w demokratycznej awangardzie ówczesnej Europy: prawa wyborcze miało ok. 100.000 obywateli na 3 miliony mieszkańców. Mało? Takie prawa miało ok. 75.000 Francuzów... na 30 milionów mieszkańców!

Rozum podpowiadał, żeby chuchać i dmuchać na tę ostatnią oazę polskiej państwowości, żeby idea państwa polskiego przetrwała dzięki niej jak najdłużej. Tymczasem członkowie sprzysiężenia Wyscokiego widzieli tylko negatywy, że to państewko nie jest całkowicie wolne i suwerenne, no i że jest tylko ułamkiem dawnej Rzeczypospolitej. Nie dostrzegali, że jedyną alternatywą nie jest odrodzenie Polski, ale zupełna jej likwidacja. Rzeczpospolita zniknęła z mapy wskutek współpracy trzech potężnych sąsiadów. Jak długo ta wspólnota interesów trwała, tak długo państwo polskie odrodzić się nie mogło i wszelkie nasze zrywy powstańcze najmniejszego sensu nie miały. Warunkiem absolutnie koniecznym i wstępnym było rozerwanie współpracy zaborców.

Niestety dla umysłów Wysockiego i jego towarzyszy było to nie do przyjęcia, gdyż oznaczało, że nie mogą nic zrobić dla odbudowy wielkiej Polski, a z tym pogodzić się nie mogli. Nazywając rzecz po imieniu: to co uważa się za ich patriotyzm było w istocie najzwyklejszym grzechem pychy. Odrzucając wszelkie kontrargumenty parli do działania, które mogło sprowadzić na trzy miliony ludzi katastrofę. I sprowadzili. Policja wpadła na trop spisku i szybko rozpracowała siatkę, po czym przedłożyła ks. Konstantemu raport. Dla księcia odkrycie spisku w jego oczku w głowie, w jego ukochanej Szkole Podchorążych było takim szokiem, że nie uwierzył w ustalenia policji i zażądał potwierdzenia. To odwlekło aresztowania i w międzyczasie spiskowcy dowiedzieli się o dekonspiracji. Mieli do wyboru: pogodzić się z porażką i dać się aresztować lub uciekać za granicę, albo natychmiast wywołać powstanie, niebacząc na to że nic nie było przygotowane.[4]  Wywołali powstanie. Z pychy i strachu przed aresztowaniem lub emigracyjną tułaczką spowodowali katastrofę. Powstanie i wojna zakończyła się klęską, a Królestwo Kongresowe stopniowo odzierano ze swobód i polskości.

Ludzie sprzysiężenia Wysockiego są świetnym przykładem, do dziś aktualnym, że patriotyzm któremu nie towarzyszy rozum jest straszliwym zagrożeniem dla Ojczyzny.

Czy takich ludzi powinniśmy czcić? Czy raczej wspominać ku przestrodze?

________________________________
[1] Od Kongresu Wiedeńskiego 1814-15, na którym zaakceptowano oficjalnie decyzję cara Aleksandra I Romanowa o utworzeniu tego państwa.

[2] Aktualny cesarz i car Rosji był jednocześnie królem polskim.

[3] Już w czasie wojny, w trakcie bitwy pod Grochowem kiedy przebywał w rosyjskim sztabie, na widok polskich grenadierów sunących w imponującym ataku na bagnety krzyczał w euforii: "To moi chłopcy tam idą! Moi chłopcy!", co doprowadziło rosyjskich oficerów do furii.

[4] Nie było kierownictwa powstania. Spiskowcy uznali, że ich zadaniem jest tylko rozpoczęcie walki, a potem kierownictwo przejmą zachwyceni członkowie elity polityczno-wojskowej Królestwa, którzy na razie muszą ukrywać swoje sympatie powstańcze. Było to czyste urojenie spiskowców, nie majace najmniejszego pokrycia w rzeczywsitosci, ale oni w to święcie wierzyli, bo im pasowało do koncepcji. Piękny przykład myślenia życzeniowego.

środa, 13 października 2010

Jeszcze o Łokietku


Wzorce agresywnego działania Łokietek zapewne miał po tatusiu - książę kujawski Kazimierz I z pewnością nie może uchodzić za władcę miłującego pokojowe współżycie z sąsiadami i dotrzymywanie zobowiązań. Choć po prawdzie trzeba przy tym pamiętać, że w momencie śmierci starego księcia mały Władysław miał zaledwie 7 lat. Ale chyba nasiąknąć zdążył, niestety.

Wykreowanie biednego książątka z piastowskiej II ligi na liczącego się kandydata do tronu krakowskiego to bardzo ciekawa historia, w której potężniejsi kandydaci przepadają w różnych okolicznościach, a nasz mały zawodnik omija przeszkody i pozostaje w grze.

Pierwszym Łokietkowym przeciwnikiem dużego kalibru był król czeski Wacław, który przepędził go z Sandomierszczyzny w połowie 1292. Wydawało się, że Łokietek wypadł z gry, ale w 1296 r. zginął w zamachu król wielkopolsko-pomorski Przemysł II i Wielkopolanie, ignorując legalnego sukcesora z Głogowa, zaoferowali tron książęcy naszemu bohaterowi. Dogadał się z księciem głogowskim, by już w roku następnym złamać porozumienie najeżdżając jego państwo (wypisz wymaluj - tatuś w latach 1259-60). Równocześnie Wielkopolskę traktował głównie jako źródło środków do wojny, co irytowało jej mieszkańców coraz bardziej, aż w końcu przepędzili i Łokietka i jego ludzi. Wściekłość Wielkopolan można tym łatwiej zrozumieć, że bronili oni jedności dzielnicy, którą Łokietek w targu politycznym podzielił, a na domiar złego na protesty odpowiedział represjami (wobec ludzi którzy mu dali tron!). W rezultacie stracił i Wielkopolskę i swoje dziedziczne Kujawy. Stał się bankrutem, na którego nie warto było złamanego denara stawiać, bo królem polskim został potężny Wacław II czeski i zanosiło się na długi okres stabilizacji i jednoczenia ziem Królestwa Polskiego. Dla Łokietka w tym układzie miejsca nie było.

Ale zaledwie 5 lat po koronacji Wacław umarł, a Łokietek był ponownie w grze i usuwał czeskie wpływy w Małopolsce, przejmując zbrojnie władzę. Wielkopolanie nauczeni doświadczeniem, nie chcieli słyszeć o jego powrocie i postawili na księcia głogowskiego.
Ale i w Małopolsce wielu nie miało ochoty na rządy Łokietkowe i nowy władca musiał siłą łamać opór, np. biskupa Jana Muskaty (10 lat to trwało!), czy bunt wójta krakowskiego Alberta (będący w gruncie rzeczy wyrazem woli mieszczaństwa, a nie jak to dawniej prymitywizowano przedstawiając jako konflikt polsko-niemiecki).

Można się zastanawiać, czy Łokietek najzręczniej rozegrał sprawę z możnowładczym rodem Święców, faktem jest że uruchomiło to serię zdarzeń, której zwieńczeniem była utrata Pomorza Gdańskiego na rzecz Krzyżaków, czemu Łokietek nie umiał zapobiec.

Szczęśliwie dla Łokietka księżę Henryk głogowski zmarł w 1309 roku i po pewnych perturbacjach rycerstwo wielkopolskie wezwało Łokietka do władzy. Jednak oznaczało to raczej wybór mniejszego zła niż umiłowanego władcy, a z opozycją tej dzielnicy zmagał się jeszcze kilkadziesiąt lat później Kazimierz Wielki.
Sojusz z Litwą z 1325 r. był ryzykowny, gdyż narażał Polskę na zarzut współpracy z poganami przeciw chrześcijanom - Krzyżakom. Krytykom Łokietek pomógł znakomicie najeżdżając przy pomocy rzeczonych pogan chrześcijańską Brandenburgię w roku następnym - korzyści to nie przyniosło, a fatalnie popsuło nam opinię w Europie.

Spokój nie mógł trwać długo, więc kolejnego roku Łokietek najechał Mazowsze, co popchnęło tamtejszych książąt do przyjęcia zwierzchnictwa czeskiego w nadziei ratunku przed polskim królem. Zręczne to było nadzwyczajnie.

Rok 1329 nie mógł przecież minąć bez jakiegoś najazdu, więc Łokietek zaatakował krzyżacką ziemię chełmińską w tym samym czasie, kiedy Krzyżacy prowadzili oficjalną krucjatę przeciw naszym litewskim sojusznikom. Nasi wrogowie chyba nie mogli uwierzyć własnemu szczęściu jaki prezent zrobił im polski władca - zarzuty o współdziałaniu z poganami przeciw chrześcijanom, aluzje o nożu w plecy itp. żwawo pomknęły przez Europę. Dodatkowo doprowadziło to do sojuszu Krzyżaków z Czechami. Każde z tych państw było w pojedynkę dla nas za silne i mogło nas zgnieść, zaś ich koalicja to już była gwarantowana mogiła. Straciliśmy w dodatku ziemię dobrzyńską i Kujawy, które zajął Zakon. W kolejnych latach krzyżackie ofensywy wbijały się głęboko w nasze ziemie, czemu Łokietek nie potrafił zabobiec.

Umierając w 1333 roku zostawił Polskę w katastrofalnym położeniu - złożoną z zaledwie dwu dzielnic, co było ułamkiem Polski Krzywoustego*), w stanie przegrywanej wojny, otoczoną przez przeważających wrogów, izolowane na arenie miedzynarodowej, ze zszarganą reputacją, z pustym skarbcem i z połową państwa mocno nieufną wobec tronu.

Trzeba jasno powiedzieć, że do tak fatalnego położenia Władysław Łokietek ogromnie sam się przyczynił. Mam wrażenie, że do końca życia w pewnym sensie nie potrafił przeskoczyć mentalnie granicy między lokalnym książątkiem dzielnicowym tłukącym się z kuzynami o jakiś gród czy parę wsi, a politykiem skali europejskiej.

Osiągnął wiele, jeśli zważymy, że był zaledwie jednym z pięciu synów drobnego, co tu ukrywać - peryferyjnego księcia, a umarł szczęśliwie jako król Polski. Szczęśliwie - bo możliwe, że gdyby pożył jeszcze parę lat, to doprowadziłby do ostatecznej katastrofy i rozpadu dopiero co "zjednoczonej" Polski. Na szczęście jego syn - Kazimierz zwany Wielkim umiał wyciągnąć wnioski z błędów rodzica. Ale to już zupełnie inna historia...
__________________________________________
*) a mówimy o zjednoczeniu Polski! Tymczasem poza Polską znajdowały się: Śląsk, Pomorze Gdańskie, Pomorze Szczecińskie, Mazowsze oraz pomniejsze ziemie w rękach krzyżackich.

środa, 29 września 2010

Łokietek wielkim królem był, bo...


W 1320 r. Władysław Łokietek zjednoczył Królestwo Polskie i skończyło się rozbicie dzielnicowe. Pokolenie za pokoleniem Polacy otrzymują w szkole taką informację. Z tej zaś wysnuwa się prosty wniosek: Łokietek wielkim królem był.
Niestety sprawa jest bardziej skomplikowana. Trzeba rozdzielić ocenę Łokietka jako człowieka od oceny jego dokonań jako władcy.
Data koronacji Łokietka jako data zjednoczenia Polski została przyjęta wyłącznie symbolicznie. Kiedy porównamy ziemie, które wtedy miał Łokietek, z ziemiami które wchodziły w skład Polski Krzywoustego w momencie jego śmierci (1138), to widać że "zjednoczenie" objęło raptem dwie prowincje z sześciu. Mazowsze dołączyło dopiero 200 lat później, a Śląsk i Pomorze Zachodnie... ponad 600 lat później! Nie była to też pierwsza koronacja w dobie rozbicia, bo wcześniej koronowali się Przemysł II wielkopolski (1295) i Wacław II czeski (1300). Ten ostatni skupił pod swoją władzą znacznie więcej ziem niż "zjednoczył" Łokietek, ale jakby to wyglądało, gdybyśmy przyznali, że zjednoczenia Polski dokonał Czech! Knedlik! No skandal! Więc Wacława II czeskiego traktujemy jak intruza, łaskawie tylko nie opatrując etykietką "najeźdźca"; ale na nic więcej pepik liczyć nie może.
Ilu Polaków dziś wie, że przez parę lat istniała unia polsko-czeska? Czechy stanowiły wtedy lokalną potęgę, przeżywały rozkwit, a my w związku z nimi mogliśmy stworzyć potężny blok państw w środkowej Europie.
 Jednym z najzacieklejszych wrogów tego rozwiązania byl nasz Łokietek. Kiedy tylko Wacław II zmarł w wieku zaledwie 34 lat, książę Władysław dziarsko przystąpił do rugowania z kraju administracji czeskiej i ustanawiania swoich rządów. Nie wszędzie był witany z otwartymi rękami - w Wielkopolsce doskonale pamiętano jego rządy sprzed kilku lat, kiedy zafundował prowincji takie gwałty i represje, że ludzie powstali zbrojnie i przepędzili zarówno księcia jak i jego ludzi (choć wcześniej sami mu ofiarowali tron książęcy!). Jak widać tradycja udanych powstań wielkopolskich sięga dużo dalej, niż się głośno o tym mówi. Ciekawe też, że Wielkopolanie do władzy książęcej wezwali króla czeskiego - nie przeszkadzało im obce pochodzenie, za to spodobały się gospodarność i praworządność Przemyślidy. Szczęście dopisywało Łokietkowi, kiedy następca zmarłego króla Wacław III został zamordowany w 1306 i dynastia Przemyślidów wygasła.

Ale kolejne 27 lat swojego życia Łokietek spędził na nieustannych wojnach i konfliktach (o nich napiszę później). Całe życie Łokietka to nieustanne walki. Kiedy patrzy się na ciągi porażek, jakich zaznawał budzi podziw jego niezłomność. Przegrywał tyle razy, że większość dawno by sobie dała spokój, ale on - nie. Miał wiele szczęścia: żył długo (73 lata), przeczekał dzięki temu wszystkich potężniejszych konkurentów do tronu i zajął go, choć pochodził z jednej z najbiedniejszych gałęzi drzewa Piastów i początkowo można było stawiać grosze przeciw orzechom, że nie ma żadnych szans.
Jawi się obraz małego, zadzierżystego fightera, stale szukającego okazji do walki, którego żadna porażka nie jest w stanie złamać, ani - niestety - niczego nauczyć, dla którego żaden przeciwnik nie jest za potężny, który idzie na wroga jak foksterier na dzika. Nietrudno zrozumieć, dlaczego Łokietek cieszył się takim mirem wśród rycerstwa - taki szef dawał gwarancję zarobku i rozrywki, nuda i bieda nie groziły.
Upór, determinacja i szczęście wyniosły biedne książątko brzesko-kujawskie do korony królewskiej. Imponujące. Ilu z nas dziś ma w sobie podobną determinację?